niedziela, 6 lipca 2014

ODNALAZŁEŚ WSPOMNIENIA, KTÓRYCH MIAŁEŚ NIGDY NIE POZNAĆ

NIEOSIĄGALNY JAK ODLEGŁE, DIAMENTOWE NIEBO
Siedząc na wielkim łóżku zasłanym świeżą, białą pościelą, która tak kojarzyła mi się z włoskim klimatem podziwiałam zdjęcia, które dzisiaj zrobiłam. Kolejne, o których nigdy się nie dowiedzą. Zwłaszcza on.
Zatrzymałam mój wzrok na tym, na którym jadł lody. Był całkowicie pochłonięty tą czynnością. Oczy miał przymknięte, a na ustach gościł blogi uśmiech. Duże dziecko dostało swoje ulubione, truskawkowe lody, zrobione przez włoskiego mistrza. Nie mogły mu nie smakować.
Uśmiechnęłam się.
Spojrzałam na inne.
Kiedy usłyszał że mokasyny, które właśnie zobaczył, i w których beznadziejnie się zakochał są już dla niego spakowane, i właśnie sprzedawca podaje mu torbę z nimi. Był zaskoczony i zdezorientowany. A potem aż sprawdził czy numer na pewno się zgadza. Bawiło mnie to. Ale, to że ja znałam go lepiej niż wierzch własnej dłoni, nigdy nie pokrywało się z tym, jak on zna mnie. I doskonale o tym wiedziałam.
Zamknęłam oczy próbując sprawić, że mój płacz skończy się na tych dwóch łzach, które właśnie spływały mi po policzkach. Wkrótce minie rok jak się znamy, a ja wciąż jestem tylko tą samą skorupą...
Przypomniałam sobie nasze pierwsze spotkanie. Moją ironię. Nie lubił mnie wtedy. Nie dziwiłam się, nawet ja bym siebie nie lubiła. Ale już kilka dni później wiedział, że nie zamierzam iść pod prąd. Że tylko powitanie było tak gorzkie. Ale to nie sprawiło, że z czasem staliśmy się sobie bliscy. Zajmowałam się swoją pracą i unikałam go. Unikałam choć pracowałam z nim. Jak ironia, ale tak ironiczna jestem. Poza pracą nas nic, zupełnie nic, nie łączy. A pragnęłam, by był moim przyjacielem. By był nim tak długo, jak może nim być. Potem i tak to nie będzie już ważne. Ale teraz... Teraz obserwuję życie, które chciałabym znać poprzez zdjęcia. I on jest za ściana, a ja nie mam żadnego powodu, by iść i z nim porozmawiać. Bo nie ma żadnej pracy, z jaką trzeba się zmierzyć...
Nie udało mi się powstrzymać łez i teraz kapały z mojej brody. Ale taka byłam i wiedziałam, że nie powinnam nad tym płakać. Powinnam bardziej się starać, by być mu bliska, tak, jak tego pragnęłam - zamiast tego tkwiłam w swojej skorupie. Jakby historia zataczała kolo...
Nie mniej, to były jedne z najlepszych wspomnień jakie miałam. I mimo, że robienie tych zdjęć jawi mi się jako smutna przyszłość, to patrzenie na nie jest tak... Przyjemne.
Teraz się uśmiechnęłam.
Ten chłopiec, choć starszy ode mnie, był moim oczkiem w głowie i uwielbiałam na niego patrzeć. Tylko widząc go byłam wewnętrznie spokojna. I tylko wtedy miałam pewność, że zobaczę go szczęśliwego.
Patrząc na jedno ze zdjęć uśmiechałam się szeroko i ścierałam łzy z policzków; Tak, to był dobry dzień.
Chwilę później usłyszałam pukanie w drzwi do mojego pokoju. Zerwałam się z łóżka i poszłam otworzyć. W hotelowym holu stało moje oczko w głowie i uśmiechało się pogodnie. Wyszłam do niego wciąż trzymając rękę na klamce. Gdybym puściła drzwi zatrzasnęłyby się. Gdybym zaś stała w wejściu mogłoby okazać się, że zobaczy zdjęcia, które zrobiłam jemu i jego przyjaciołom. Zwłaszcza jemu.
- Wzywają cię do konferencyjnej.
- Już idę. Ale... Dlaczego to ciebie po mnie wysłali? - zapytałam marszcząc brwi.
- Bo tam bylem - odpowiedział wzruszając ramionami.
Nastroszyłam się.
- Sam? - syknęłam.
Stawałam na głowie, by widywał menegmet jak najrzadziej. Wolałam, by wszystko mówiono mnie, bo bez względu na to w jaki sposób ja usłyszę coś z góry, on i jego przyjaciele ode mnie bury nie dostaną. Co najwyżej wyprycham ich błąd. Z szefem byłoby inaczej...
- Idę - powiedziałam i zostawiłam go samego.
Chciałam jeszcze odwrócić się i uśmiechnąć do niego, ale nie zrobiłam tego. Znowu.
Pół godziny później przesuwałam kartę przez czytnik w drzwiach. A kiedy weszłam do pokoju zamarłam w przerażeniu. Magnetyczny klucz do pokoju wyśliznął mi się z reki i upadł na podłogę, ale nie zwróciłam na to uwagi. Patrzyłam na swoje łóżko.
W panice próbowałam odtworzyć minione wydarzenia, a scenariusz był absurdalnie prosty. Kiedy puściłam drzwi i poszłam na zebranie, musiały nie zatrzasnąć się za mną. I bez względu na powód dla którego tutaj wszedł, widział moje zdjęcia. I musiał zabrać je ze sobą. I liczyło się tylko to, że je widział, a nie rozumie...
Biegałam od pokoju do pokoju, po całym hotelu szukając go jak szalona, choć nie miałam pojęcia po co. Teraz już wszystko było... Jak miałam mu to wyjaśnić? No jak on miał zrozumieć? I prawdą było, że chyba nie szukałam go, by wyjaśnić, a po to, by odejść. Bo o ile tą sytuację dało się wytłumaczyć, to przestawało to być możliwe, kiedy miało się tak dokładne zaprzeczenie na moje słowa.
Jak wytłumaczyć, że nie kocham, jeśli kocham, a zdjęcia pokazują, że kocham tak, jak nie kocham? To nie jest skomplikowane, choć nawet mnie często się takim wydaje. Ale to wymaga zrozumienia... dystansu... wiary... i jeszcze większego dystansu.
Wybiegłam na dwór i zatrzymałam się przed wielką, okrągłą, kamienną fontanną. Nie zrobiłam tego jednak przez wzgląd na to, jak pięknie wyglądała podświetlana przez białe lampki, na tle nocnego nieba. Nie przystanęłam też, by wsłuchać się w dźwięk wody. Chodziło o to, że nie miałam dokąd pójść. Rozglądałam się w około, ale z jakiegoś powodu było zupełnie pusto i nie mogłam nawet zapytać. Westchnęłam i pobiegłam w prawo, w stronę basenu. Szanse na spotkanie go tam, były tak samo małe, jak na spotkanie go gdziekolwiek. To był duży, drogi hotel i na tyle piękny i dobrze przemyślany, że jeśli tylko by się tego zapragnęło, łatwo było się w nim zgubić.
Biegnąc jedną z wielu parkowych alejek, zrozumiałam jak głośny jest dźwięk moich sandałów i jak bardzo mi się to nie podoba. Z kilku metrów było słychać, że ktoś biegnie. Wystarczy, żeby gdzieś tutaj był i usłyszał, by zniknąć. Ale wtedy skręciłam za róg i go zobaczyłam. I zamiast biec dalej, wprost do niego, na złamanie karku, przystanęłam. Cofnęłam się o krok i złapałam jednego z płaskich, piaskowych kamieni jakimi wyłożony był front hotelu. Przyglądałam mu się z daleka zamiast podejść i to przerwać. A on tylko przeglądał zdjęcia, powoli, jedno po drugim, a wyraz jego twarzy był niemożliwy do rozszyfrowania. Jakby tylko patrzył. Ale byłam za daleko, by widzieć dobrze, więc powoli, zdecydowałam się do niego podejść. Teraz moje kroki były ciche, a i zagłuszał je szum wody w basenie obok którego przechodziłam.
Siedział na jego końcu, parę metrów od brzegu, na ławeczce, która graniczyła ze śródziemnomorską roślinnością całego hotelowego terenu. Większość jego sylwetki majaczyła w cieniu nocy i tylko niewiele światła ze stylizowanej na staroświecką latarnię padało na jego twarz i dłonie, w których trzymał moje zdjęcia. Ale z jakiegoś powodu dosięgały go też refleksy turkusowej wody z basenu, które odbijały się fantazyjnie na całym jego ciele. I mimo, że im bliżej byłam, tym dokładniej go widziałam, tak wciąż wyraz jego twarzy był idealną maską.
Lub po prostu, to ja tak mało go znam...
Zatrzymałam się na skraju basenu. Wystarczyłoby, bym cofnęła się o krok, a wpadłabym do wody, ale nie miałam odwagi by podejść bliżej.
Otworzyłam usta, ale nie potrafiłam nic powiedzieć. Wszystko, co przez tyle czasu pragnęłam mu powiedzieć, co na dobrą sprawę doskonale potrafiłam wyjaśnić, teraz roztrzaskało się o ziemię i tkwiło na niej w kompletnym bezładzie. I potrafiłam tylko stać i patrzeć.
Stać... i patrzeć.
- Wyjaśnij mi - powiedział cicho i znienacka, podnosząc głowę i patrząc na mnie.
Gwałtownie nabrałam powietrza, zastanawiając się jak długo wiedział o mojej obecności. Mimo wszystko, jakiś nieznany impuls popchnął mnie w jego kierunku i usiadłam na małej, brązowo-czarnej ławeczce obok niego.
- To... - Przygryzłam wargę. - Zbieranie wspomnień. Wspomnień, których tak naprawdę nie mam. A obiecałam sobie, że będę je mieć... - dokończyłam szeptem, pewna, że tego nie usłyszał.
- Więc dlaczego?
Otworzyłam usta, by spróbować odpowiedzieć, ale z mojej krtani nie wydobył się żaden dźwięk. Zamiast tego oczy zaszkliły się od łez i spłynęły po policzkach. A ja nie wiedziałam czy to z powodu zdjęć, czy osoby, która sprawiła, że je robiłam. Jednak nie widziałam jego twarzy. Mój wzrok utkwiony był w lazurowo-turkusowej tafli wody.
- Jeśli ci powiem, a ty nie uwierzysz mi na słowo, to wszystkie moje słowa nie będą mieć sensu - szepnęłam.
- Uwierzę.
Pokręciłam przecząco głową.
- Nie uwierzysz. Masz dowód, by nie wierzyć.
- A czy ty kiedykolwiek dałaś mi powód, by ci nie wierzyć?
Przygryzłam koniuszek języka, ważąc jego słowa. Ostatecznie jednak dałam mu odpowiedź, która w sposób, który znałam tylko ja, była już wyjaśnieniem.
- A czy kiedykolwiek rozmawialiśmy? - Czekałam przez chwilę na jego odpowiedź, ale wiedziałam, że zbyt intensywnie zastanawia się nad najlepszą, by rzeczywiście mi jej udzielić. - Nie.
- Więc porozmawiajmy teraz - usłyszałam, a potem poczułam jak kładzie coś na moich kolanach. Zerknęłam w dół i zobaczyłam jedno ze zdjęć. Zrobione dwa lala temu. Widać było fragment jego profilu i spojrzenie utkwione w pięknie wodospadów Iguaçu, łączących Argentynę i Brazylię. - Chciałem ci powiedzieć jak bardzo mi się podoba, ale nie było cię - powiedział, patrząc razem ze mną na zdjęcie. - Nigdy cię nie ma.
- Nigdy... - potwierdziłam. Dlatego nie mam wspomnień, których tak pragnę. - Pewnego dnia odejdę i nie sadzę byśmy spotkali się potem jeszcze choć raz - zaczęła.
- Odejdziesz? - usłyszałam pytanie, ale nie spojrzałam na niego., tylko bez wdawania się w szczegóły kiwnęłam głową.
- I w tym czasie pewnie pozbędę się każdego z tych zdjęć. Bo z jakiegoś powodu, którego wciąż nie potrafię wyjaśnić, bardziej chodzi o posiadanie tych wspomnień teraz, kiedy jesteś obok, a nie wtedy kiedy już cię nie będzie. Ale... Ja nie jestem w tobie zakochana. - Nie skomentował moich słów w żaden sposób, ale byłabym naiwna sądząc, że uwierzył. - Gdybym była, wszystko byłoby prostsze. Kiedy jest się zakochanym, a ktoś nas nie chce, łatwo znienawidzić. Łatwo przez odrzucenie i dumę wybić sobie tę osobę z głowy.
- Więc o co chodzi?
- Gorzej, kiedy nie oczekujesz tak wiele. A mimo to - za dużo. - Przygryzłam koniuszek języka, wracając do czasów, o których pragnęłam mu opowiedzieć. - To zaczęło się dawno temu. Nazywał się... Zresztą to nieważne. Chodziło o to, jak bardzo zainteresowana nim byłam. Od samego początku. I od samego początku on nie zwracał na mnie uwagi. Wtedy chyba sama się sobie dziwiłam, bo był paskudnym, zadufanym w sobie typem, który działał mi na nerwy. A jednak ludzie lgnęli do niego jak muchy, bo jeśli tylko chciał kogoś akceptować, to był zabawnym, ciepłym i miłym... Taka przyjacielska dusza. W każdym razie czas mijał, a my oboje dorastaliśmy. On chyba dorósł bardziej, przynajmniej to jak zmienił się na lepsze stało się bardziej widoczne. A może...  - Spojrzałam na niebo, choć nie wiedziałam czego na nim szukam. - Może moje mówienie mu prosto z mostu o jego wadach też coś zmieniło... Teraz to już i tak nieważne, liczy się tylko efekt. W każdym razie, we mnie zmieniło się kochanie. Bo moim problem nie jest, ani nie było, interesowanie się nim. Problemem jest kochanie. Ono zawsze było platoniczne i wzięte znikąd. I mimo, że potrafiłabym mówić o nim godzinami, jakby mogło pomóc mi to w czymkolwiek, - Prychnęłam. - to nigdy nie znalazłam powodu, który rzeczywiście sprawił, że go pokochałam. To mógł być jego sposób myślenia czy postrzeganie świata. Lub też to, jak patrzył na innych. Jakkolwiek - na początku mogłam tak wymieniać bez końca i zawsze wiedziałam, że to nie to. Dopiero z biegiem czasu zrozumiałam, że nie chodzi o to, by egoistycznie mieć go przy sobie, a o to by był szczęśliwy. Że kocham go za samo to, że jest i to znaczy więcej niż cokolwiek innego. - Przygryzłam wargę, a potem odważyłam się spojrzeć na niego. Prosto w to uważne spojrzenie. - Nauczyłam się, że tak naprawdę, kocha się za nic. Że nie istnieje żaden powód do miłości.
Uśmiechnęłam się smutno. To był ten własnie powód, dla którego tych uczuć nie dało się przeskoczyć. Były bezinteresowne, więc nie wymagały niczego. Opierały się na samej istocie kochania.
Przechylił głowę jakby patrzenie mi w oczy pod innym kątem miało mu pomóc zrozumieć. De facto, niewiele wyjaśniłam. Prawie nic.
- A zdjęcia?
- Zdjęcia opierają się na czasach, w których... rozmawialiśmy.
- Dlaczego się zawahałaś? - zapytał marszcząc nos i przekrzywiając głowę w drugą stronę.
- Bo dla mnie wymienienie kilku słów to nie była rozmowa. To była krótka wymiana zdań. A że jestem jaka jestem, to on niekoniecznie mógł zrozumieć, że czasem... Dobra, prawie zawsze. W każdym razie, że kiedy byłam ironiczna, to pod tym jest tak wiele sympatii. Ciepła... - szepnęłam. Spojrzałam na turkusowo-niebieską wodę w basenie, której tafla ledwie widocznie falowała. - Ponieważ nie rozmawialiśmy nie mogliśmy siebie znać. A nawet kiedy już próbowaliśmy... Mam wrażenie, że nigdy nie powiedziałam mu niczego naprawdę. I widzisz, ja doskonale pamiętam naszą ostatnią rozmowę. I nie wiem czy dlatego, że ostatnia, czy dlatego, że była dokładnie taka jak każda. Wiedziałam, że jeśli do mnie podejdzie, to zada to samo pytanie co zwykle, a ja miałam gotową odpowiedź. A miałam zawsze, bo z czasem zrozumiałam, że jest tak wiele rzeczy, o których chciałabym mu powiedzieć, - bo chciałam móc mówić mu zawsze i wszystko! - że nie mogę mówić mu o niczym co naprawdę ma dla mnie znaczenie. Bo ma je tylko dla mnie, a jego wcale nie obchodzi. Nie było tak, że nie słuchał, kiedyś mi udowodnił, że słuchał. Ale była różnica pomiędzy tym co on mówił do mnie i jak ważne to było, a między tym co mówiłam mu ja i co wtedy myślałam. I różnica między tym jak duże znaczenie dla mnie miały jego słowa, a jak nieistotne były te moje.
Wzięłam z jego ręki jedno ze zdjęć i zerknęłam na nie. Zrobiłam je dzisiaj, kiedy wcinał spaghetti. Uśmiechnęłam się delikatnie, a potem podstawiłam mu je pod nos.
- Twoje zdjęcia; - orzekłam, ale jeszcze nie rozwinęłam tego zagadnienia. - W tamtych czasach byłam tak uważna i zdystansowana, choć pragnęłam być dokładnym przeciwieństwem tego i po prostu sobą, że wszystko wokół mnie stawało się sztuczne i odległe. Ale też była ta druga rzecz, która powodowała, że wszystko co jednak było i czego wspominanie powinno sprawiać mi radość, sprawiało, że krzywiłam się na samo wspomnienie, a i wcale wspominać nie chciałam. Nigdy nie potrafiłam stworzyć utopii. I naprawdę nie mówię o czymś prawdziwym. Mówię o czystej fikcji. O wytworze wyobraźni. O czymś, co jest zależne tylko ode mnie i czym powinnam sterować jak żywnie mi się podoba. Mogłabym zamknąć oczy i spróbować tak jak teraz - powiedziałam zamykając oczy, ale zdjęcie wciąż trzymałam przed jego oczami. - Ale nie zobaczyłabym niczego. Bez względu na to, jak długo bym próbowała. - Otworzyłam oczy i choć w półmroku, to natychmiast zobaczyłam te jego. - Poza jednym wyjątkiem. I wtedy nie musiałabym zamykać oczu. Wtedy mogłam nawet stać obok niego, albo rozmawiać z kimkolwiek. Zobaczenie w swojej głowie naszej przyjaźni zawsze było jak utopia. Dosłownie nią było. Ja potrafiłam się bez reszty w tym zatracić. - Nie sprawiało to, że wierzyłam w nią lub myliłam ją z rzeczywistością, ale... Ale jak przy czymś takim rzeczywistość mogła wydawać się piękna? Nie mogła - odpowiedziałam za niego. - Nie miałam wspomnień i nie czułam, by rozmawianie z nim lub bycie obok niego nas zbliżało. I że tworzyło coś, do czego można wracać. Ostatecznie nie pamiętam człowieka, którego kocham. Bo kocham. Nic w tej materii się nie zmieniło. To jak miłość, z którą się rodzisz - ona jest. Zbieram twoje zdjęcia - przeszłam do sedna, na które czekał. - bo choć chciałabym być blisko ciebie, nie zrobiłam nic, by rzeczywiście tak się stało. Gdybyś był daleko, życie i czas nauczyłyby mnie z tym żyć, ale będąc obok nie mogę tego znieść. Więc obserwuję twoje życie poprzez zdjęcia, choć po stokroć bardziej wolałabym zobaczyć jak bezpieczny i szczęśliwy zasypiasz z uśmiechem. Ale chcieć to móc, a ty wiesz, że nigdy nie zrobiłam zupełnie nic. Może gdyby on wtedy pomógł mi choć raz we właściwym momencie... W momencie, który ja bym dostrzegła...
- Chcesz mi powiedzieć, że nigdy nie spotkaliście się w połowie drogi?
Przytaknęłam.
- Dotarło to do mnie w dniu, w którym mogłam zobaczyć go po raz ostatni. Ale los nigdy nie lubił nas stawiać na przeciw sobie, więc i wcale go wtedy nie widziałam. I szczerze - cieszę się. Tamtego dnia zrozumiałam, że gdyby każdy z nas starał się w tym samym momencie, wtedy byłaby to przyjaźń. Ale nam zawsze zależało w odmiennych chwilach...
"Rozstania zawsze są takie przykre...; Rozstania zawsze są takie bolesne...; Rozstania zawsze takie są; Wspomnienia urosną, żeby stać się ledwie pamięcią" - wyrecytował, a ja przytaknęłam. Może właśnie to było powodem, dla którego tak lubiłam tą piosenkę
Zerknęłam na zdjęcie w swojej dłoni, a potem odłożyłam je na ławkę, między nami.
- Sądziłam, że tamten człowiek mnie czegoś nauczy. Że moje darzenie innych miłością w przyszłości stanie się rozsądniejsze. Mniej oślepiające, ale bardziej konkretne i... rzeczywiste. Nie zmieniło się nic. I ty znasz tą ironię losu. - Odwróciłam głowę i zerknęłam na niego zza rzęs, bo straciłam odwagę do patrzenia mu w oczy. - Najbardziej na świecie pragnęłam móc się do niego przytulić. Tak po prostu. Podejść, wiedząc, że mogę to zrobić i przytulić go, a on będzie się z tego cieszył. Nigdy tego nie zrobiłam. Co więcej, nie mogłam znieść jego dotyku. Bo ja pragnęłam, by on coś znaczył, a dla niego nie znaczył nic. I tak mocno jak pragnę ci towarzyszyć, tak mocno i uparcie trzymam się od ciebie z daleka. I proszę - zwróciłam się ku niemu prosząc desperacko - nie pytaj dlaczego tak jest. Bo ja nie wiem dlaczego. A naprawdę nie chcę, by okazało się, że nie zależy mi tak mocno jak myślę. Bo bez względu na wszystko - ja cenię w sobie tę miłość.
- Co dokładnie miałaś na myśli, jak powiedziałaś, że nigdy nie zależało wam w tych samych chwilach?
- Ja... próbowałam trzymać się od niego z daleka. I im większą miałam do tego ambicję, tym bardziej to niszczył. Zupełnie jakby wiedział, że chcę taka być i on natychmiast musi to zmienić. Być paskudnie miłym i zainteresowanym moja osobą. I wtedy cała ta... koncentracja, ta siła w sobie, by zachowywać się normalnie brała w łeb, bo zaczynałam myśleć: "Dlaczego nie możesz być taki cały czas?" Właśnie taki... Z kolei kiedy ja próbowałam się starać, on był dokładnym przeciwieństwem tamtego siebie. Wiec nigdy, nigdy nie spotkaliśmy się w połowie drogi. Nawet tamtego dnia, w którym naprawdę mnie przytulił. Tak, jak o tym zawsze marzyłam. Ale nie mam w sobie żadnego przyjemnego wspomnienia z tamtej chwili, choć przecież powinnam była się cieszyć. Bo myślałam tylko o tym, żeby już przestał, bo kiedy ta chwila przeminie wszystko wróci do normy, a mnie zostanie tylko wspomnienie, które stanie się czymś bardzo bolesnym.
Spojrzałam na niego z ukosa.
- Jestem beznadziejnym przypadkiem, który bardzo chce, ale nic nie robi. Więc... jak uwierzyć, że rzeczywiście chcę? Teraz mogę tylko myśleć, że nie byliśmy sobie pisani. A co do ciebie, to naprawdę nie tak, że robiłam zdjęcia bo jestem chorym podglądaczem. I też nie zachowałabym ich. Miałabym je tak długo jak... jesteś obok.
Odwróciłam głowę i utkwiłam w nim swoje spojrzenie.
Naturalnie czarne włosy, które własnie zapuszczał opadały na jego gładkie, wysokie, ale proste czoło i po bokach jego twarzy. Nie trzeba było ich dotykać by widzieć jak gęste one są. W uszach miał malutkie, złote samolociki i zachwycało mnie to, bo z jakiegoś powodu czułam, że pasowało to do niego. A w większości przypadków ten trend wcale, a wcale mi się nie podobał. Jego oczy były szeroko rozstawione, z wyraźną dolną powieką, która gdy się uśmiechnął tworzyła wałeczki. Z kolei górna była w całości przysłonięta, co bardzo nas różniło, choć ja sama miałam delikatnie opadającą powiekę. Jego proste rzęsy wystawały z niej patrząc tylko pod odpowiednim kątem, a okalały ciemnobrązowe oczy, które tylko w ostrym słońcu zdawały się nie wpadać w czerń - zupełnie przeciwnie do tej chwili, kiedy były ciemne jak niebo nad nami. A przy linii dolnych rzęs swojego lewego oka miał swój znak szczególny -  mały pieprzyk. Patrząc niżej pokazywał się wąski, prosty nos, ale nie przypominający zapałki i idealnie pełne, równe wargi, z mocno zarysowanym łukiem kupidyna, który przyciągał wzrok. Linia żuchwy tworząca trójkąt z wyrazistym podbródkiem. A kiedy się uśmiecha, a jego mięśnie na kości jarzmowej się naciągały, na jego twarzy pojawiają się idealnie okrągłe, wyraziste pucki, dzięki którym wyglądał młodo i uroczo niczym uśmiechające się niemowlę. I gdyby teraz, zamiast patrzeć na mnie z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, uśmiechnął się swoim śnieżnobiałym uśmiechem, najpewniej rozbawiłaby mnie jego górna dwójka, która była mniejsza od reszty i schowana odrobinę z tyłu, co zabawnie kalało ten prosty uśmiech.
W jego fizyczności nie było niczego co chciałbym poprawić i nie było to coś, co powinnam ukrywać. Bo to jak wyglądał niczego nie zmieniało.
Odwróciłam głowę i wpatrując się w wodę w basenie mięłam w rękach rąbek swojej fiołkowej sukienki.
- Nana... - Mruknęłam niezrozumiale w odpowiedzi, dając mu znak, że słucham. - Masz ochotę na pizze?
Podniosłam głowę i spojrzałam na niego zaskoczona. Uśmiechnął się szeroko i figlarnie widząc moje zaskoczenie. A widząc to, zawstydzona spuściłam głowę. Ale ja też uśmiechnęłam się. 
- Mam - odpowiedziałam patrząc na niego zza rzęs.
Poczułam jak pociąga mnie za rękę w okolicy nadgarstka i szybko ciągnie za sobą, a ja, kiedy wyszłam ze swojego oszołomienia, z dziecięcą radością starałam się dotrzymać mu kroku.

Następnego dnia było tak, jak zawsze o tym marzyłam. I każdego dnia potem.



Gdyby tamten wieczór zdarzył się naprawdę, pewnego dnia, zakochałabym się w nim.

blog wspiera akcję:

blog wspiera akcję: