poniedziałek, 23 grudnia 2013

1. Wybacz mi, ale byłabyś piękna jako puszysty rudy kot

WIDZISZ RÓŻNICE, KTÓRYCH MIĘDZY NAMI NIE MA
WIĘC NIE TWÓRZ ICH



1.


Jeśli kiedykolwiek spodziewała się, że ten widok nie sprawi, iż jej serce zacznie szybciej bić, a na usta wpłynie niekontrolowany, szeroki uśmiech, to nigdy nie sądziła, że ta okrutna możliwość okaże się prawdą. I prawda ta powinna sprawiać jej niewyobrażalny ból. Ból rodzący się w piersi, w prawą stronę od serca, w mostku, który duszącym paraliżem rozprzestrzeni się po całym ciele. Ale tak nie było. Siedziała zgarbiona na wyrzuconym przez morze pniu starego drzewa, którego jedyna gałąź przypominała drewnianą wersję ostrego miecza Jin Gum, którego dobywał koreański wojownik. Jej dżinsy były całkowicie mokre, w miejscu w jakim stykały się z wilgotną korą drzewa, jednak zimno materiału nie sprawiło nawet, że poruszyła się choć o milimetr. Pod stopami miała miliardy czarnych kamyczków wulkanicznych, które w tym miejscu zastępowały piaszczystą plażę. Ich głęboki kolor jeszcze godzinę temu całkowicie zlewał się z nocnym niebem. Teraz było szczelnie zakryte warstwą ciemnych chmur, które tylko czekały, by wraz ze wschodem słońca odsłonić niebo. Wystarczyłoby, by delikatnie odwróciła głowę w prawo, a zobaczyłaby fale w kolorze rozbielonego turkusu zmieszanego z ciemnoszarą zielenią, rozbijające się o skały w kolorze ciemnego grafitu, które były kwintesencją zamrożonego w czasie, płynnego jądra ziemi. Było zimno, wiał wiatr, ubrania miała wilgotne, a ciało przemarznięte, ale miejsce, w którym była powinno wprawiać ją w zachwyt, jakiego ani myślą, ani słowem nie potrafiłaby wyrazić. Ale tak nie było. Bo choć czas mijał, ona wciąż nie widziała. Nie potrafiła spojrzeć na widok, do którego dążyła całe życie. Jej oczy wciąż były w tych samych miejscach, daleko stąd. Z nimi.


Stał na wzniesieniu i popijając kawę podziwiał widoki. W pewien sposób cieszył się, że większość ludzi jacy z nim są, dostrzegają o tej porze dnia i w takiej pogodzie piękno tego miejsca. Tą magię skrywającą się w głębi kolorów, które teraz tworzyły ciemny obrazek. Najdłużej patrzył na wodę. Na jej kolor w tej chwili, który tak mało osób uważało za piękny; na pieniące się bałwany, które wielkimi jęzorami unosiły wodę, by w zetknięciu z jej płaską częścią, przedrzeć się w głąb i tworząc pianę zniknąć niczym Mała Syrenka; Patrzył na biało-szare ptaki, których pióra w tym ubogim świetle miały grafitowy kolor, a białych plamek na czarnym kuprze wcale nie było widać. Na to, jak zataczają koła nad oceanem i sokolim wzrokiem wypatrują ryby, która stanie się ich śniadaniem. Ryby, która chciała płynąć zbyt blisko powierzchni i za swą chciwość zginie, gdy tylko mewa ją znajdzie, by zaraz potem zmienić kolisty tor swojego lotu i zanurkować szybko, łapiąc swoją zdobycz, w swój pokaźny dziób; Patrzył też na niebo. Szukał w nim zmian. Spoglądał czy nie przejaśnia się od wschodu dając tym znak, że właśnie wzeszło słońce.
Mogło być zimno, wilgotno i wietrznie, ale dla niego wpatrywanie się w wodę było drugą naturą. Czymś, co stało się nieodzownym elementem jego dorosłości po tym, jak dorastając musiał opuścić miejsce, które na zawsze będzie jego domem; po tym, jak będąc szkrabem kochał ocean, ale nie doceniał go tak, jak powinien, bo on zawsze był na wyciągnięcie jego drobnej, jeszcze pulchnej, rączki. Wiec stał na tym wzgórzu, a za nim krzątało się małe mrowisko ludzi. I jak długo nikt nie zwracał na niego uwagi, tak długo mógł sobie pozwolić na tą chwilę zapomnienia o poranku, z kubkiem czarnego, mocnego płynu, który rozgrzewał i dość brutalnie orzeźwiał zaspany umysł.
Skierował wzrok odrobinę niżej i rozglądał się po ciemnej, w tym miejscu dosłownie czarnej plaży. Nie było na niej żadnych ptaków, zbłąkanych psów czy ambitnych ludzi, którzy wstawali przed świtem, by wyjść pobiegać, z powodów najróżniejszych. Jego wzrok ślizgał się od tych najbardziej oddalonych od niego miejsc, by w końcu dotrzeć do miejsca w którym stał, by potem zrobić głęboki wdech, dzięki któremu poczuje aromat czarnej, mocnej kawy zmieszany z słono-rybnym zapachem oceanu i egzotyczną roślinnością Jeju (pol. Czedżu). I z tą aromatyczną mieszanką w swoim ciele z uśmiechem odwróci się i uda się do pracy.
Stało się jednak inaczej.
Sto metrów od niego, i trzy od miejsca do jakiego dopływały fale, morze wyrzuciło szeroki konar jakiegoś spróchniałego drzewa. Jednak był on tyle mocny, by utrzymać na sobie ciężar siedzącej na nim osoby. Dziewczyna, na którą patrzył miała ogniście rude, długie do pasa, proste włosy, które rozwiewał wiatr. Ona sama nie ruszała się wcale. Nie potrafił oderwać oczu od tego ognia, który miała na głowie, a który zdawał się płynąć po plecach niczym lawa. W tym świetle one nie mogły mieć tak żywego, tak ciepłego koloru, a jednak wybijały się z całego krajobrazu, jakby miały swoje własne światło. One nie były czerwone. One nie były rude. I nie były też pomarańczowe. One były ekstremalną mieszanką tych kolorów i złotych, niemal żółtych refleksów. A on całym sobą pragnął poznać ich właścicielkę.
Odwrócił się na pięcie i długim, sprężystym krokiem poszedł w kierunku ciemnozielonego namiotu z zaopatrzeniem. Odłożył swoją z kawę na stolik, na którym stały wielkie termosy. Wziął jeden z kartonowych kubeczków i nalał do niego gorącej, płynnej kofeiny. Debatował chwilę czy powinien nasypać cukru, jednak stwierdził, że jeśli lubi gorzką kawę to jedna łyżeczka, nie będzie okropną zbrodnią, a jeśli z kolei lubi ją posłodzoną, to przynajmniej nie będzie całkowicie gorzka. Zamieszał dokładnie białym, cieniutkim mieszadełkiem z plastiku, a potem wrzucił go do kosza na śmieci, którego długo nie potrafił odnaleźć. A nie mógł wiedzieć gdzie jest ów pojemnik, bo jemu już gotowy napój przyniosła jego menadżerka. Sytuacja była dla niego o tyle irytująca, że dziewczyna w każdej chwili mogła odejść, a to stało się dla niego niemożliwym do zaakceptowania. Kartonowy kubek w kolorze carmelu nakrył równie białą i równie plastikową zakrętką jak imitacja patyczka, którego przed chwilą próbował się pozbyć. Chwycił swój i jej kubek w dłonie, a potem przyjrzał się im i z jakiegoś nieznanego sobie powodu cieszył się na ich podobieństwo. Wyszedł z namiotu i poszedł w kierunku miejsca w jakim siedziała. Musiał przy tym minąć całą ekipę, by zejść na ścieżkę prowadzącą na tamten skrawek plaży i cieszył się jak nigdy, że nikt nie zwraca na niego uwagi.
Jego czarne, wysokie, buty z trzema parami haczyków były przeplecione sznurówką i dwukrotnie, mocno zasznurowane na cholewce, tak, że opinały ciemne spodnie, jakie były w nie wsadzone. Ich wysoka gumowa podeszwa, o traperskim spodzie, która jak gwarantował producent miała być nieprzemakalna, teraz do polowy topiła się w brunatnym, wilgotnym pisaku, by już metr dalej wydawać stłumiony chrzęst, po zetknięciu się z czarnymi kamykami jakimi była wyścielona plaża.
Był już tak blisko niej, że powinna była go słyszeć, jednak wciąż ani drgnęła. A kiedy wzmógł się wiatr i jej ogniste włosy zaczęły falować jeszcze gwałtowniej, poczuł, że przyśpieszył swój krok. Był jej tak ciekaw, że czuł jak podekscytowanie rozlewa się po jego ciele, a jednocześnie staje się przerażony sytuacją jakiej idzie na spotkanie. To były uczucia z jakimi niezwykle rzadko spotykał się w kontakcie z ludźmi. I mógł nie być całkowicie tego pewien, ale z jakiegoś powodu intuicja podpowiadała mu, że tak czuł się czekając na spotkanie tego dnia, w którym dowiedział się, że będzie mieć nowego menadżera. On doskonale pamiętał tamten dzień, bo wiele zmienił w jego życiu. 
Był spięty i trochę zły. Nie chciał zmieniać czegoś, co tak świetnie się sprawdza. A potem poznał ją i był zirytowany, i wcale nie chciał z nią pracować. Wydawała mu się odpychając. Ale wystarczyło, że usłyszał jej ciętą ripostę w jego kierunku, by zrozumieć, że to jej image. Lepsza wersja maski. I że tak naprawdę dobrze go rozumie. Akceptuje. Nigdy potem nie było dnia, w której pomyślałby o niej z niechęcią. I miał nadzieję, że to przeczucie będzie dobrą wróżbą.
Od chwili, w której zobaczył te włosy wiedział, że nie jest Azjatką. Nie miał na to przypuszczenie żadnego dowodu, ale było tak silne, że nie miał żadnych wątpliwości. To przeczucie, że nie są zafarbowane tylko wzmagało jego zainteresowanie i ekscytację charakterem dziewczyny o takich włosach. Usiadł obok niej niemal ocierając się swoim ramieniem o jej. Dopiero wtedy drgnęła i spięta spojrzała na niego.
Była niepomiernie zaskoczona kiedy zdała sobie sprawę, że ktoś obok niej siada. Jak mogła nie zauważyć, że podchodził? Powinna była usłyszeć chrzęst kamieni jaki wydawały buty w zetknięciu z tym kawałkiem plaży. Ale była też zaniepokojona. To było puste miejsce, dosyć głośne z powodu szumu fal i było ciemno, a w około zupełnie nikogo. Azjata czy nie – mógł zrobić cokolwiek chciał. Instynktownie rozejrzała się dookoła nim przyjrzała się kim jest osoba jaka obok niej usiadła. Dwieście metrów dalej, na wzniesieniu zobaczyła całą grupę ludzi, rozstawiających filmowy sprzęt lub tych którzy gnieździli się pod namiotami w kolorze butelkowej zieleni. To sprawiło, że niepokój o własne życie natychmiast ustał. Spojrzała na przybysza i natychmiast spuściła wzrok. Powinna była przyglądać się się mu z absolutnym zachwytem, a jednak jego bliskość ją peszyła. Jego oczy były uosobieniem wszystkiego tego co powinno ją zwalać z nóg, własnie teraz, kiedy tu była! Ale tak nie było. A ona czuła się przytłaczająco zagubiona.
- Przyniosłem kawę - powiedział rozbawiony jej reakcją, choć nie wiedział co mogła znaczyć, jednocześnie wyciągając w jej kierunku kawę. Bardzo wątpił, by mieszkała tutaj od dawna lub by znała koreański. Wiedział, że nie powinien tak zakładać, bo mogło się okazać to obraźliwym dla niej, ale gdyby jednak, to mówiąc po angielsku nie wprowadzi ją w zakłopotanie brakiem znajomości tutejszego języka. - Zauważyłem, że siedzisz tu już jakiś czas i pewnie zmarzłaś. Nam jej nie zabraknie. 
Uśmiechnął się ciepło, ale nie mogła tego widzieć.
- Dziękuję – powiedziała chwytając kartonowy kubek. Był cudownie ciepły, dlatego zaraz potem owinęła wokół niego i drugą dłoń. Zrobiła łyk, odrobinę parząc się przy tym w język i choć kawa była zupełnie przeciętna to w tej chwili zdała jej się być najlepszą pod słońcem. - Dziękuję – powtórzyła raz jeszcze i tym razem nie spuściła wzroku. 
- Morze jest piękne, ale mimo, że siedzisz tu tyle czasu, myślę, że nie przyszłaś na nie patrzeć.
- Przyszłam... - Przeniosła wzrok na wodę i wpatrywała się w nią pustym wzrokiem. A potem powiedziała prawdę. - Przyleciałam tutaj, żeby zobaczyć piękno tej wysypy... I nie widzę go. Nie potrafię skupić na nim wzroku.
- Więc na co patrzysz? O czym myślisz?
Naprawdę miał nadzieję, że z nim porozmawia. A ona naprawdę to zrobiła.
- O dwójce mężczyzn, od których powinnam uciec przyjeżdżając tutaj. O dwójce mężczyzn, którzy są tym samym błędem.
Dlaczego?
- Bo odchodzili i wracali. Ale ja zawsze chciałam by wracali. A oni nigdy nie chcieli zostać.
- Jak długo to trwa?
- Ten drugi był odzwierciedleniem tego pierwszego, tylko w innym miejscu.
- Był?
- Tak. Bo nie chcę z nimi kontaktu, ale w moich myślach wracają jak bumerang. I nie mam nikogo, kto potrafiłby mnie od nich uwolnić.
- Kochasz ich?
- Kochałam wszystko to, czym powinniśmy byli dla siebie być... Ale... Zawsze któreś chciało więcej... A tak nigdy nie powinno było być.
Jej głos był odległy, cichy i przytłumiony. A on nie potrafił spuścić z niej wzroku, tak bardzo był oczarowany. Gdyby znał ją wcześniej widziałby jak bardzo jej fizyczność się zmieniła. Że cała skurczyła się o połowę. Że jej ukryte pod makijażem cienie pod oczami nie są naturalne, a jest to efekt nieprzespanych nocy. Że jej ciało jest wychudzone i zmęczone, ale nie pracą, a kilkugodzinnym bieganiem. Bieganiem, do którego zmuszała siebie jeszcze przed świtem, bo każdej nocy nie sypiała więcej niż trzy godziny. Gdyby znał ją dłużej, wiedziałby, że jej kości policzkowe, kiedyś opatulone były przez pucołowate policzki, teraz jednak były ostro zarysowane. Bo jedyne co wyciągała z lodówki, to butelka wody. I gdyby znał ją dłużej, wiedziałby, że przyjazd tutaj uratował jej ciało. 
Choć ona sama jeszcze o tym nie wiedziała.
-  Jak sama sprawdziłaś, siedzenie tutaj nie sprawi, że o nich zapomnisz.
Oderwała wzrok od fal i utkwiła w nim.
- Od kiedy jesteś na Jeju?
Wyciągnęła lewą rękę i spojrzała na swoje małe marzenie od Thomasa Sabo. Zegarek był na bransoletce wykonanej z białych płytek ceramicznych w środku i stali nierdzewnej w kolorze różowego złota. Tarcza natomiast była zrobiona z masy perłowej, z czarnym autografem twórcy, pod dwunastką, w tym samym różowym złocie co zapięcie, wskazówki oraz koperta, która wysadzana była cyrkoniami. Pod złączeniem wskazówek była tarcza sekundnika, która przypominała małe słońce.
- Od trzech godzin i czterdziestu siedmiu minut.
Uśmiechnął się na jej dokładność.
- Właśnie wstało słońce - powiedział, a ona odwróciła się, żeby zobaczyć, czy miał rację. Miał. Jego czerwona łuna śmiało przedzierała się przez chmury. - To miejsce zaraz ożyje. A ty powinnaś razem z nim. Jeju to cud Korei. A cuda wywołują uśmiechy. Szkoda by było, gdybyś tu była i nie doświadczyła tego.
Wyciągnął swój kubek w jej kierunku czekając aż uderzy o niego swoim. Kiedy to zrobiła bardzo chciała odpowiedzieć na jego uśmiech, bardzo, ale wciąż nie potrafiła tego zrobić.
Spojrzał jej w oczy po raz ostatni chcąc zapamiętać każdy ich szczegół.
- Muszę iść. Mam nadzieję, że jednak uda ci się zobaczyć piękno Jeju. Miłego dnia.
Wstał i odszedł nie odwracając się za siebie. Nie mógł tego zrobić.
Chciała jeszcze raz podziękować mu za kawę, ale nie zrobiła tego.

ciąg dalszy nastąpi



niedziela, 15 grudnia 2013

Myślałam... II

PIĘKNE UŚMIECHY, KTÓRYCH NIE CHCEMY PAMIĘTAĆ


Dzisiaj było inaczej. 
Ciepłe powitanie. Ciepły uśmiech. Ciepłe spojrzenie.
Dzisiaj się cieszyłam. Uśmiechałam. Dzisiaj potrafiłam to robić. I chciałam tego.
Ale czy kiedykolwiek nie chciałam na niego patrzeć? Czy kiedykolwiek naprawdę nie zwracałam na niego uwagi? Czy kiedykolwiek nie pragnęłam uśmiechać się na jego widok?
Zawsze...
Dobre złego początki... pułapka, w którą wpadłam. Bo piękny początek mógł zmienić mój sposób myślenia, ale nie znaczyło to, że coś ulegnie zmianie. I nie uległo. 
Dystans... Znów był. W tej nieprawdopodobnej formie, której nigdy nie zrozumiem. I myślę: "Co złego uczyniłam?" Ale nie wiem. Ani wtedy, ani teraz. 
Ostatniej nocy myślałam o pewnej sytuacji; Wiem, że nie był to sen. I choć nie potrafię przypomnieć sobie początku tej myśli, to najważniejsza jej część, jej puenta, jest jak dzwon w mojej głowie.
"- Gdybyśmy byli przyjaciółmi... - powiedziałam i zrobiłam krok w jego stronę. Jedną rękę wsadziłam pod jego przedramię i oparłam na plecach, a drugą objęłam za szyję. Stanęłam na palcach i wtuliłam twarz w jego policzek. - każdego dnia witałabym cię własnie tak. 
Rozkoszowałam się tym dotykiem przez sekundę, jednocześnie czując jego zdziwienie. A potem odsunęłam się od niego i patrząc w te piękne, ciepłe, błyszczące oczy powiedziałam:
- Gdybyśmy byli przyjaciółmi, patrzyłabym na ciebie jak na ósmy cud świata. Jakbym złapała Boga za nogi. Gdybyśmy byli przyjaciółmi rozświetlałabym się na twój widok niczym Las Vegas. I uśmiechałabym się tak ciepło, jak jeszcze nigdy tego nie widziałeś. Więc dlaczego sądzisz, że jesteśmy przyjaciółmi? - zapytałam ukrywając te wszystkie zachowania, o których własnie mu opowiedziałam pod maską stoika. Stoika, który pyta o coś takiego, jakby chodziło o pogodę...
Nie odpowiedział."
Dystans... To zawsze była kwintesencja naszej relacji. W mojej głowie i w naszym życiu. I nie rozumiem go. Ale nie wiem czy chcę go rozumieć.
Dystans. 


źródło: internet

"Spójrz na mnie!" ten desperacki krzyk przedstawiany w literaturze i kinie, zawsze robił na mnie nieopisane wrażenie. Swoisty akt rozpaczy. Jak modlitwa o ostatnią deskę ratunku, tylko pełna ekspresji. Dla mnie to coś, obok czego nie przeszłabym obojętnie, bez względu na to, czy słowa te kierowane byłyby do mnie, czy też nie. Zwróciłabym uwagę na tego krzyczącego człowieka, tak pełnego złości, bo nie dostrzega go ktoś, kto powinien to robić. Dlatego, bo najpewniej bardziej nie mógłby się odsłonić. Pokazać co gnieździ się w jego zbolałej duszy. A on krzyczy, że nie rozumie. I krzyczy żądając pomocy. Uwagi.
Ale jest jeszcze ten drugi rodzaj. Ten przedstawiony na powyższej grafice. Subtelny...
"Zabij mnie... Pocałuj mnie... Pogrzeb mnie... Ale... Tylko spójrz na mnie..." To nie ma w sobie nic z krzyku. To nawet nie prośba. To błaganie bezradnego człowieka, który jest tak przeraźliwie bezbronny z powodu swojej samotności. Ta niewidzialna dla świata osoba poświęciłaby wszystko, byle tylko ktoś ją dostrzegł. I dla mnie to tak smutne... Bo ona nie zna żadnego sposobu, by się pokazać. By powiedzieć jak bardzo cierpi. Nie ma na to odwagi, wiary w siebie. Jest zagubiona, schowana przed światem i przestraszona. I wszystko co potrafi, to błagać w myślach. Powtarzać niczym litanię - delikatnie, cichutko, z nabożną czcią: spójrz na mnie... spójrz...
Jednak jest jeszcze ten trzeci przypadek. Ten, w którym prosisz by ktoś na ciebie spojrzał, ale spojrzał naprawdę - wprost do twego wnętrza. Bo on patrzy i nie widzi. I to jest... smutne. A im mocnej ci zależy tym to smutniejsze, boleśniejsze... A ty czujesz się pusty. I przeraźliwie samotny. Zwłaszcza, gdy patrzysz na tą osobę. 
Jednak z czasem dostrzegam, że po tym jak usilnie błagało się niebiosa o te spojrzenie, ono nie wystarcza. Pragnie się nie tylko spojrzenia. Potem chcesz rozmowy, śmiechu, dotyku... Chcesz być bliżej i bliżej, bo w końcu kogoś masz. Kogoś, kogo tak desperacko potrzebowałeś. Ale spojrzenie jest najłatwiejsze, dlatego najczęściej na nim się kończy. 
A ta chwila... Ten moment, w którym patrzysz na tą osobę, na jej ciepłe spojrzenie skierowane do ciebie. Spojrzenie, na które tak czekałeś i które stało się najlepszym jakie widziałeś. I pragniesz coś powiedzieć, ale ta osoba odwraca się i odchodzi. I tak za każdym razem. 
I im starsza jestem, tym wyraźniej dostrzegam, że spojrzenie którego tak pragnęliśmy staje się tym, czego nie można znieść. Bo jest tak piękne, bo jest tak pięknie skierowane do nas, ale dystans sprawia, że patrzy się na to jak na piękny obraz. I okazuje się, że chcemy tylko o tym zapomnieć. Zapomnieć o tym, że patrzył na nas ktoś, kto miał zwrócić na nas uwagę.
I zrobił to. Ale nie tak.

sobota, 14 grudnia 2013

Myślałam... I

WE ARE NOT LOVERS BUT MORE THAN FRIENDS


Moment, w którym zobaczyłem Cię po raz pierwszy 
Był jak sen
To za sprawą Twojego uśmiechu, który jest tak piękny jak u anioła
Jakby to było, gdybyś była tylko moja?
To wyobrażenie sprawia, że czuję się szczęśliwy

Dzielilibyśmy się słuchawkami
Uśmiechałabyś się do mnie, a promienie jaśniejącego słońca świeciłyby wprost na nas
Nie przejmowalibyśmy się spojrzeniami przechodniów
Czas, w którym patrzyłabyś na mnie, byłby zbyt cenny, żebym mógł go marnować
Chciałbym, żebyś wiedziała

Wyobrażam sobie Ciebie
Wyobrażam sobie jak uśmiechasz się do mnie
Wyobrażam sobie jak trzymasz moją rękę
Chciałbym rzucić na Ciebie zaklęcie, które sprawiłoby, że byłabyś moja
Wyobrażam sobie Ciebie
Wyobrażam sobie, jak śpisz w moich ramionach
Wyobrażam sobie, jak mnie całujesz
Wyobrażam sobie te wszystkie słodkie rzeczy

Buduję biały dom na zielonym wzgórzu
Tam oboje bawimy się na żółtych huśtawkach
Budzę Cię rankiem
Podając poranną kawę
To wyobrażenie sprawia, że jestem szczęśliwy

To jest inne od tych dziecinnych marzeń
Typu chodzenie po chmurach
Mój czwarty palec mówi mi
Rzeczywistość jest jak sen
Ale ten sen, ten sen różni się od zwykłych snów
Prawda jest taka, że miłość do Ciebie jest dla mnie jak marzenie

Każdego dnia wyobrażam sobie, że jestem przy Tobie
Wyobrażam sobie siebie
Siebie tulącego Ciebie
To marzenie jest takie wspaniałe

Wyobrażam sobie nas, każdego dnia
Wyobrażam sobie, że jesteśmy dwoma dopełniającymi się połówkami
Wyobrażam sobie nas poznających się coraz lepiej

Mam nadzieję, że mój sen stanie się jawą
Kocham Cię
Zostań przy mnie
Kocham Cię
Przyznaję się
Moje wyobrażenie miłości to Ty
(Tłumaczenie piosenki "IMAGINE" zespołu CN BLUE pochodzi z portalu tekstowo.pl)


Myślę, że większość osób odebrałaby tekst tej piosenki jako marzenie pary kochanków  o wspólnym życiu. Nie oszukujmy się też, że sens utworu jest inny, bo zapewne to nie prawda. A mimo to, ja nigdy, nigdy nie postrzegałam go właśnie tak. W swojej głowie bez problemu odtwarzałam każde wyobrażenie podmiotu lirycznego, ale bohaterowie tej historii nigdy nie patrzyli na siebie tym rodzajem miłości. 
Mówi się, że widzi się tylko to, co chce się widzieć. W moim przypadku ta piosenka dokładnie pokazuje jak trafne są te słowa. Bo bardziej cenię przyjaźń i właśnie to zawsze widziałam w oczach tej bezimiennej, ale szczęśliwej pary. Parę przyjaciół, najlepszych, tak bliskich, jakby byli mocno kochającym się rodzeństwem.
Nigdy nie odnalazłam innego powodu dla mojej fascynacji takim rodzajem więzi, niż to, że mam starsze rodzeństwo. Trójkę braci. Ale myśląc o tym, patrząc na innych, odkrywam, że gdyby nie kolosalna różnica wieku między nami, nigdy bym nie postrzegała ich przez tak niewiarygodny pryzmat. Są dla mnie najważniejsi na świecie, jak kolwiek źle by to nie brzmiało, bo mam rodziców i kocham ich. A jednak na to idiotyczne pytanie jakim jest: "Kogo kochasz najbardziej?" bez wahania, zawsze odpowiem: "Braci." Tylko że, no właśnie, więzy krwi nie są mi do tego potrzebne. I chyba tutaj jest pies pogrzebany. 
Kiedy pewnego dnia odkryłam, że tworzę opowiadania nie po to, by się wyrazić, a po to, by moc siebe zrozumieć, nastąpił  przełom. Bo i ja sama zaczęłam inaczej je postrzegać. Zaczęłam rozumieć dlaczego są właśnie takie. I im dłużej żyję z tą wiedzą, tym lepiej siebie rozumiem. Tym łatwiej mi siebie odbierać. I to naprawdę prawda, że najlepiej pozna mnie ten, kto czyta moje historie. Bo mimo, że ja sama się przed kimś nie otwarłam, on znalazł klamkę. Bo naprawdę jestem beznadziejna w mówieniu o swoich uczuciach. Naprawdę tego nie potrafię, bo zawsze brak mi słów. Ale kiedy tworzę postać - od zera - to łatwiej mi dac jej coś ze mnie. Bo wtedy mam czas na znalezienie odpowiednich słów. I ostatnio też tak było. 
Jestem w trakcie pisania długiej historii i mimo, że jestem dopiero w 1/4, to część którą już skończyłam, dotyczy dziewczyny, która jak żadna inna jaką stworzyłam, jest do mnie podobna. Ale mimo tego, że nie jest ani trochę przerysowana fizycznie, mimo że historia dzieje się w uprzyszłości i na swój sposób ona jest właśnie mną - tą, którą mogłabym być, taką z całą ceną jaką przyszłoby mi za to zapłacić - to nie ja. Bo A-Na miała i ma coś, co dla mnie zawsze będzie tylko wyobrażeniem. I nawet mimo tego, że tamta postać wie, że to straci, to jest to jednocześnie powód, dla którego ja tego nie zyskam. 
To nieprawdopodobna w swojej platonicznej relacji przyjazń kobiety i mężczyzny. Rodzaj więzi, którego nigdy nie potrafiłam opisać, bo tak beznadziejnie mocno go pragnęłam. Ale teraz było inaczej. Wizje pojawiały się w mojej głowie jakby były snem, a słowa same wypływały spod moich palców. Ale to jak dobrze czułam się wtedy w swojej wyobraźni sprawiło, że teraz za tym tęsknię. Tęsknię za czymś, czego nigdy nie miałam... A to dezorientujący ból. 
Wiem to, bo już tak tęsknię. Za kimś prawdziwym...
Poznałam kiedyś chłopca. Był dla mnie i wciąż jest przystojny, ale ponieważ nigdy nie postrzegałam go jako partnera, to najlepszym określeniem jakie mi się nasuwa myśląc o jego fizyczności jest, po prostu, piękny. Bo od chwili, w której poznałam jego sposób myślenia, zawsze, zawsze postrzegałam go tylko jak brata. A to dla mnie najlepszy rodzaj przyjaźni. Stopień więzi, w którym ludzie patrzą tylko na swoje wnetrza. I jeśli potrafię nadać temu słowa, opisać to, to dla mnie jest to taka chwila, w której on przychodzi do twojego domu po zmroku, bo z jakiegoś powodu nie możesz spać.  Kładzie się obok ciebie i przytula cię, bo wie, że tylko dzięki temu spokojnie zaśniesz.  Dla mnie to ten moment, w którym spoglądasz na niego, bo wiesz, że to o tobie myśli w tej chwili i gdy łapie twój wzrok uśmiecha się szeroko, bo on wie, co i ty myślisz w tej chwili. Dla mnie to ten moment, w którym gdy brak ci zapału do tego co zawsze stoi przed tobą, myślisz o nim i natychmiast uśmiechasz się szeroko, bo dzięki wizji jego osoby świat staje się piękniejszy. Bo masz go i wiesz, że ci pomoże. I że nigdy cię nie zostawi. Że nigdy nie opuści swojej siostrzyczki.  
Jak żeglarz i jego gwiazda. Gwiazda, do której płynie każdego dnia. Oni nigdy się nie dotkną, ale zawsze na siebie patrzą. 
A tamten poznamy chłopak nie jest nawet moim bliskimi kolegą. Minęło też tyle czasu, że niemal się z tym pogodziłam.  I choć wręcz niemoralnie płatoniczą sympatią darzę 99% procent mężczyzn i mogłabym otaczać się nimi z każdej strony, to on zawsze pozostanie na swój sposób wyjątkowy. Pragnienie spędzania z nim czasu, tak jak widzę to w swojej głowie, zawsze będzie moim niespełnionym, obezwładniającym marzeniem. I choć on nigdy się o tym nie dowie, zawsze będzie moim bratem. Zawsze będę kochać go właśnie tak. Bo zawsze był tym brakującym elementem. I tym, który sprawił, że zaczęłam zauważać własne priorytety. I zawsze będę mu za to wdzięczna. Mojemu czwartemu braciszkowi. 
Więc piosenka jest o parze kochanków. A ja zmieniłabym tą, często jakże ambiwalentną, ale niezwykłą, miłość na przyjażń. Dlatego nie tęsknię za piękną wizją miłości w tej piosence, a moja własną - piękna wizją przyjaźni. Tą z mojej głowy. 
I ktoś bliski powiedział mi, że to rozumie. Że wie, że tak niezwykły rodzaj więzi istnieje, bo sam tego doświadczył. I nie wie jak bardzo się z tego cieszę, ale ja nie wierzę. Bo bardzo długo tego pragnęłam, i bo wiem, jak skończyło się to u niej. Ta osoba, ta kobieta, jest najbliższą do mojego określenia więzi z drugą kobietą. Nazwanie jej siostrą to najwięcej ile mogę uczynić. Bo wolę braci...
I im starsza jestem tym bardziej dostrzegam, że przyjaźń z własną płcią jest dla mnie trudna... niewygodna... dziwna i obca. Staram się, ale wiem, że zbyt mało. A mimo to, nie chcę tego zmieniać. Ale przyjaźń z mężczyzną, posiadanie osoby, która byłaby dla mnie niczym rodzony brat, jest czymś o co walczyłabym jak lwica. Bo nie wyobrażam sobie życia bez rodzeństwa. Bez takiej więzi. I im starsza jestem, tym bardziej tego potrzebuję, i tym mniej w to wierzę.  

Dla mnie to inne od tych dziecięcych marzeń, typu chodzenie po chmurach...
Dla mnie to inne, ale tak samo nieosiągalne...

niedziela, 1 grudnia 2013

Miłość jest momentem, chwilą...

– Nadal jesteś nieszczęśliwa ze mną w swoich snach?
– Nawet jeśli... znajdź się w nich jutro... I pojutrze... I jeszcze... I jeszcze raz... 



I.
Ciepłe promienie słońca odbijały się od mojej twarzy i z jakiegoś powodu zapragnęłam spojrzeć na świat bez okularów przeciwsłonecznych w kolorze smolistej czerni. Schowałam je do torebki, a potem moja dłoń otarła się o materiał białej sukienki. Uśmiechnęłam się delikatnie i schwyciłam jej rąbek. Pod palcami czułam wypukłości wzoru. To takie odprężające uczucie... Biała sukienka z angielskim haftem to najlepszy rodzaj prezentu jaki mogłabym sobie podarować.
Tak bardzo skupiłam się na odbieraniu świata przez dotyk, że zapragnęłam zdjąć czarne szpilki i pokonać ostatnie metry do biura w bosych stopach. Opanowałam się jednak, ale i stanęłam w miejscu. Wtedy zdałam sobie sprawę, że patrzę na wielką fontannę z marmurowymi smokami - z daleka, bo wyłożony puzzlem plac, na którym stałam był tak ogromny. I przechodziłam przez niego przynajmniej raz w tygodniu od ponad pięciu lat, ale dopiero dzisiaj się tutaj zatrzymałam. Z jakiegoś powodu miałam wrażenie, że coś w moim postrzeganiu świata w tamtej chwili się zmieniło. Że dostrzegałam tysiące szczegółów, a jednocześnie patrzyłam na wszystko z daleka.
Spojrzałam w prawo. W miejscu, w którym kończył się plac, biegła alejka otoczona drzewami, pomiędzy którymi stały ławeczki. Na wielu z nich siedziały mamy z dziećmi lub rozmawiające uczennice. Padające z przeciwnej strony słońce pięknie przechodziło przez soczyście zielone konary drzew. Późna wiosna miała w sobie jakąś miękkość...
Wróciłam wzrokiem do majestatycznej fontanny kilkadziesiąt metrów przede mną. Nie spoglądałam w lewo. Nigdy nie miałam problemu z zauważeniem i zapamiętaniem co tam jest. Dwa, oszklone wieżowce, które dzieliło sto metrów horrendalnie drogiego pasa ziemi niczyjej. Ten bliżej mnie to FNC Entertainment, fizyczne miejscem mojej pracy. Ten drugi, to siedziba Samsung Electronics - kopalnia moich błędów. Filary nowoczesności i całkowite zaprzeczenie dla tego skrawka natury, w samym środku Seulu. Dlatego fontanna była lepsza.
Marmurowe smoki rozlewały wodę we wszystkich kierunkach, a promienie słońca nadawały kroplom pierwiastek życia. Bawiąca się w fontannie gromada dzieci uśmiechała się szeroko. Była głośna i rozbrykana... Pełna życia. Powinnam była oglądać to przez pryzmat tego, że są tam dzieci, ale utęsknienie z jakim na to patrzyłam brało się stąd, że mnie samej brakowało życia tego rodzaju. Nie życia dziecka, a myśli, że czasem można czuć się jak dziecko - szczęśliwie i beztroskie. I patrzenie na tych radosnych brzdąców oraz na błyszczącą w słońcu wodę sprawiło, że zrobiłam krok w stronę fontanny. Bo chciałam bawić się razem z nimi. Poczuć się jak dziecko. Cieszyć się z drobnych rzeczy, robić to całą sobą. Ale mojej opanowanie pojawiło się równie szybko jak zniknęło.
Cofnęłam się i zamykając oczy wzięłam głęboki wdech. I dopiero gdy byłam pewna, że moje opanowanie wróciło, otworzyłam oczy, by spojrzeć na świat z dystansu. Tak, jak nauczyłam się dawno temu. Tak, jak musiałam się nauczyć. Uśmiechnęłam się. Z jednej strony dlatego, że patrzyłam na coś naprawdę ładnego i to sprawiało mi radość, z drugiej kpiłam z samej siebie. Bo bez tych dwóch chłopców, którzy byli całym moim życiem - bez względu na to, jak bardzo to określenie mnie boli - jestem jak maszyna. I jak każde urządzenie mam włączający i wyłączający mnie wihajster, który sama stworzyłam, bo nie mogłam znieść piękna pewnej istoty. Wihajster, którego nie potrafię zniszczyć.
Odwróciłam się na pięcie patrząc na swoje buty, a wiatr rozwiał mi włosy. Zirytowana odgarnęłam je z twarzy, zaczesując palcami do tyłu i podniosłam głowę.
Świat się zatrzymał. Gwałtownie stanął w miejscu niszcząc wszystko na swojej drodze. A potem zaczął kręcić się w drugą stronę.
Powoli...
Jeszcze minutę temu nie wiedziałam dlaczego wpatrywałam się w tamtą fontannę. Dlaczego zupełnie bez powodu i bez mojej woli mój wzrok powędrował w tamtą stronę. Teraz stało się to boleśnie jasne. I mimo, że moje serce waliło jak oszalałe, mimo, że brakowało mi tchu i miałam wrażenie, że świat sypie się pod moimi stopami, szłam dalej.
Jak zawsze...
Wihajster już nie tylko działał, teraz zniewalał. Tak samo jak w czasach, kiedy został stworzony. Bo mogłam teraz tracić całe swoje jestestwo, ale moje ciało musiało iść przed siebie i patrzeć na niego jakby wcale tego nie robiło. A ja przypomniałam sobie jak to jest czuć każdą materię świata. Jak to jest odczuwać bodźce tak dogłębnie, tak boleśnie...
Starałam się wywierać swój naturalny uścisk na uchwyt torebki, by nie trzymać jej kurczowo, ale z drugiej strony bałam się, że wyśliźnie mi się z palców. Ale to, jak bardzo byłam wdzięczna, że mam właśnie taką, a nie malusieńką jak zwykle, było niemożliwe do opisania. Bo była moim jedynym punktem odniesienia do świata. Mimo, że byłam świadoma każdego oddechu, każdego ruchu i każdego kroku, to czułam się jakby ziemia pode mną miała się rozkruszyć jak zbyt cienka tafla lodu, a ja wpaść do lodowatej wody nim zdążę zareagować.
Ale to wszystko było tylko chwilą. Nic nieznaczącym momentem, w którym zgubiłam się w otchłani szoku. Zaskoczenia, którego nie powinno być.
Po raz pierwszy wszystko działo się tak wolno. Mimo, że szłam swoim naturalnym tempem - choć patrzyłam przed siebie nazbyt sztywno, łapiąc chwile, w których z powodu rozmowy przez telefon nie dostrzeże mojego wzroku - mimo, że on szedł sprężystym krokiem. Wszystko działo się tak wolno. Tak wolno w porównaniu z chwilami, w których musiałam biec z pędzącym światem, by nie dostrzegł mojego zainteresowania. Wtedy to też było chwilą, zbyt krótką, ale jakże cenną. Wtedy, kiedy mijałam go jakbym wcale go nie dostrzegała oraz za każdym, upartym razem kiedy na siebie wpadaliśmy. Wtedy to była chwila, to był moment, zbyt krótki. Ta teraz zdaje się nie mieć końca.
I patrząc na niego ukradkiem zrozumiałam dlaczego tak jest. Lata temu pragnęłam go spotykać, ale wtedy to wynikało naturalnie, a nawet jeśli nie, to nie było w tym nic niewłaściwego. Teraz, choć pragnęłam tego mężczyzny każdym tchem mojej duszy, to w tym spotkaniu nie było nic naturalnego. To nie uśmiech losu. On tu jest, a ja mijam go, bo sama tego chciałam. Bo sama go tutaj sprowadziłam. A ponieważ tak destrukcyjnie się tego wstydzę, to ta chwila, ten moment, który powinien być tak piękny, swoją długością odbiera mi rozum.
Ta chwila nigdy nie powinna była się wydarzyć, ale on naprawdę szedł przede mną. I był piękniejszy niż to zapamiętałam, i piękniejszy niż byłam w stanie to sobie wyobrazić w najpiękniejszym śnie. Włosy tak ciemne, że prawie czarne, na pozór niedbale zaczesane do góry. Czarne jak piekło, wielkie oczy, otoczone wachlarzem nieprzyzwoicie długich rzęs i ten wzrok... To spojrzenie zawsze było tak niemożliwe do odczytania, że całe moje istnienie szarpało się, by dowiedzieć się co ono mówi. A jego twarz... Kości policzkowe stały się bardziej ostre, ale mimo to wciąż wyglądał jak chłopiec. I na Boga, żaden Azjata z tym młodym wyglądem nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak on. Jak zawsze tylko on... Bo to spojrzenie dorosłego człowieka i twarz dzieciaka, ten kontrast okazał się być wszystkim czego pragnęłam całe życie. I choć wiedziałam o tym, to widząc go miałam wrażenie, że patrzę na niego po raz pierwszy. Tak wielkie robił na mnie wrażenie. A on tylko był.
A jednak... aż był.
Jego biała koszula miała niezapięte dwa pierwsze guziki, co niemoralnie przyciągało mój wzrok do jego klatki piersiowej, a nie mogłam sobie pozwolić by patrzeć.
Nigdy.
Czarne, bardzo wąskie spodnie opinały mu biodra, a marynarka w tym samym kolorze przewieszona była przez prawe przedramię, które trzymało czarną aktówkę od Thomasa Browne. Jego palce, trzymające biały, duży smartfon, były długie i delikatnie opalone, tak jak jego twarz. Te dłonie... Nie założył jeszcze okularów przeciwsłonecznych i wisiały w miejscu pierwszego zapiętego guzika jego koszuli, ponad miejscem w którym rozpoczynał się mostek... Zdawał się też być wyższy niż to zapamiętałam... Szczupły, naturalnie umięśniony i wysoki... Przepiękny.
Był coraz bliżej mnie, a ja nie mogłam na niego spojrzeć bez względu na to, jak bardzo tego pragnęłam. Co więcej, im bliżej byliśmy siebie, tym większe było prawdopodobieństwo, że on spojrzy na mnie. A ja nie mogłam o tym wiedzieć. Bez względu na wszystko... na każdą myśl, na każde uczucie. Jak zawsze... Jak zawsze mogłam mieć tylko dumnie uniesioną głowę i oczy utkwione w miejscu, do którego zmierzałam. Bez względu na wszystko...
A potem stało się coś, na co tak czekałam, choć szybciej niż byłam na to przygotowana. Podmuch wiosennego powietrza, który uderzył mnie w twarz, przyniósł ze sobą zapach, który kochałam ponad wszelką miarę. Woń, którą rozpoznałabym w każdym miejscu i o każdej poprze. I prawdopodobnie zaprzedałam duszę diabłu, by w tamtej chwili zachować kamienną twarz bizneswoman, zamiast jęknąć przeciągle czując zapach, którego brakowało mi przez ostatnie kilka lat. Zapach, którego nie potrafiłam odnaleźć bez względu na to jak długo szukałam, a przeszłam cały świat by go znaleźć, bo był najpiękniejszym z jakim kiedykolwiek się spotkałam. Ale nigdy nie potrafiłam rozróznić ile w tej mieszance jest jego zapachu, a ile jego perfum, którymi był przesiąknięty, a które zawsze płynęły za nim. I choć marzyłam, by kiedyś móc wtulić się w jego tors, by być jeszcze bliżej niego, to czując je wszystko traciło znaczenie. Choć świat dawno temu się rozpłynął w gorącu tłumionych uczuć i pragnień, to to było jak ręka anioła.
Bo nie mogłam go widzieć.
Bo nie mogłam o nim marzyć.
Bo nie mogłam do niego mówić.
Ale mogłam go czuć.
Czuć jakąś jego część chociaż tak. Wdychać jego istnienie. Mieć swoje pragnienie głęboko w sobie. Wyobrażać sobie, że rozchodzi się po moim organizmie wraz z tlenem, przechodząc przez każdą cześć mnie, by trafić do duszy i w niej pozostać.
Miałam wrażenie, że każdy ruch jaki wykonują moje nogi, jest nagrywany i odtwarzany przed moimi oczami. Że każdy stukot moich obcasów, każde dotknięcie ziemi i oderwanie stopy od niej jest nienaturalnie głośne. A im bliżej byliśmy siebie, tym bardziej wydawało mi się, że przechodzę przez powietrze tak gęste, że zmieniło stan skupienia. Ale on był coraz bliżej, a dwie strony mnie walczyły ze sobą, choć obie zanosiły się płaczem. Ta pierwsza, ta lepsza, pragnęła, by on zniknął jak najprędzej. By wszystko się skończyło, a ja odzyskałabym upragnioną wolność. Ta druga, ta idiotka, która go tu sprowadziła, chciała zatrzymać świat, by ta chwila nigdy się nie skończyła. By on na zawsze pozostał przede mną. By był tak blisko...
Jeden krok...
A potem zaleźliśmy się obok siebie, a świat stanął w miejscu. Czekał, aż wspomnienie, które pojawiło mi przed oczami się skończy i zniknie, jakby zawsze było tylko snem. Ale było moim uczuciem. Moim momentem. Zawsze...
Tamtej nocy, w której sen zwrócił moją uwagę na coś, czego w swoim roztrzepaniu nie potrafiłam dostrzec, moje przyciąganie się zmieniło. Nie pchało, nie ciągnęło mnie, ku ziemi, a do niego. Bo jego ciemne oczy, jego niemożliwe do rozszyfrowania spojrzenie było tym, co pragnęłam znać. Ale następny dzień stał się tym, który zaprzepaścił cały mój rozsądek. Wszystko, co mogło mnie później ocalić. Ale zobaczyłam to wtedy i nie zapomnę tego momentu do samego końca.
Tamta chwila zmieniła całą mnie.
Szkolny korytarz. Zupełnie pusty i cichy. Lekcje trwały już od kilkudziesięciu minut, a ja szłam przez niego wracając od jednego z nauczycieli, do którego wysłano mnie na lekcji. Nie pamiętam po co, nigdy też sobie tego nie przypomnę, bo nie pamiętam z tamtego dnia nic poza tamtą krótką chwilą. Nie pamiętam, bo wszystko o czym myślałam tamtego dnia to mój sen. I te oczy... Szłam obok schodów zabudowanych ścianą i nie docierały do mnie żadne bodźce zewnętrzne. Wedy mogłam sobie na to pozwolić, bo nikt nie mógł tego zauważyć. Do zakończenia schodów dostawiony był szeroki filar, za którym musiałam skręcić, szłam jednak tak blisko niego, że nie widziałam nic poza nim. Wtedy do niego dobiłam. To był pierwszy raz, kiedy się z kimś zderzyłam. Ale też pierwszy, w którym byłam tak bardzo pochłonięta własnymi myślami. Na ziemi wylądowałam prędzej niż zdążyłam to zauważyć. Najpierw jednak zarejestrowałam zapach jaki mnie uderzył. Zapach, który uznałam za najpiękniejszy z jakim się spotkałam. Był idealny. A potem otworzyłam oczy i mój świat się skończył.
Dobiłam do niego, właśnie do niego. Zderzyłam się z osobą, o której bez ustanku myślałam od ponad sześciu godzin, o osobie przez którą praktycznie zarwałam noc. Te ciemne oczy, ta twarz bez jednej skazy i to spojrzenie, którego nie skierował do mnie nigdy potem... Zrobił krok, a potem pochylił się nade mną i wyciągał rękę, by pomóc mi wstać. W jego oczach była troska. Nie wiedziałam czy nie potrafię złapać tchu z powodu tego, że najpierw zderzyłam się z jego torsem, a potem z podłogą, czy dlatego, że to naprawdę się dzieje. Trochę niezdecydowanie wyciągnęłam dłoń, którą on złapał mocno i pewnie. Była ciepła i dużo większa od mojej, i zdawało mi się, że pasują do siebie idealnie... Pociągnął mnie pewnie w górę, a potem położył drugą dłoń na moich plecach, by utrzymać mnie jeśli stracę równowagę.
Tamten dotyk czułam na sobie zawsze kiedy o nim myślałam...
Ale poza tym, że moje serce waliło jak oszalałe, a spojrzenie mówiło, że wciąż jest w szoku, nic się nie wydarzyło. Nie było tego prądu przechodzącego przez nasze ciała, o którym tak szumnie pisano. Nie było zahipnotyzowanych, utkwionych w sobie spojrzeń. Nie było żadnej chemii. Ale w jego spojrzeniu wciąż była troska. Ten szczególny rodzaj ciepła, którego nie skierował do mnie nigdy potem. Była, dopóki nie puścił mojej dłoni, kiedy zauważył, że już wszystko ze mną w porządku. Potem niemal jednocześnie powiedzieliśmy "przepraszam". Wtedy moja chwila się skończyła. Wyminął mnie i odszedł w swoją stronę. A ja zachowywałam się jak automat. Jak automat, którym zostałam od tamtego dnia. Nie myśląc o tym co się dzieje szłam na zajęcia, a kiedy dotykałam klamki drzwi swojej klasy zadzwonił dzwonek zwiastujący koniec moich lekcji. Weszłam do niej, zabrałam rzeczy i wyszłam ze szkoły. I dopiero siedząc w swoim ogrodzie potrafiłam się rozpłakać.
Te słowa... "przepraszam"... wypowiadaliśmy je każdego dnia. Każdego. Ale poza tym pierwszym razem, nigdy, nigdy nie spojrzał na mnie ze zmartwieniem w oczach. Nawet kiedy spadałam ze schodów, a on był tuż obok.
Tamto spojrzenie, tamto uczucie i tamta chwila, zniszczyły wszystko. Bo gdybym nigdy nie widziała, że może tak na mnie patrzeć, mogłoby mi przejść. Mogłabym trzymać się tego, że to nie chłopak dla mnie. Ale widziałam to raz. I to wystarczyło. Wystarczyło, by mój świat, całe moje istnienie zaczęło kręcić się po orbicie jaką była ta osoba. Bez względu na to, że przed tamtym zderzeniem też tak się czułam. Chodziło o to, że teraz stało się to czymś stałym. Niezmiennym. Zamkniętym w czasie.
Moje uczucie, mój moment. Chwila, której potem zawsze wyczekiwałam. Marzyłam, że to nie ostatni raz. Marzyłam, że to coś znaczy... Marzyłam.
Moje uczucie. Mój moment.
Moje wspomnienie się skończyło, a czas wskoczył na swoje miejsce i zrobiłam kolejny krok. Czułam się jakbym żegnała się z nim w tej chwili. I jakbym patrzyła na ostatni odcinek jakiejś łzawej dramy, w której wszystko jest piękne, ale tak patetyczne. Ale mnie nie czekało szczęśliwe zakończenie za dziesięć minut. Ja musiałam iść dalej, przed siebie. Musiałam.
Podobno miłość jest uczuciem... ale mnie nie wolno czuć.
Minęłam go. Minęłam, a czas jaki trwał od zobaczenia go do teraz nie był nawet pełną minutą mojego życia. I odwracając się teraz, choć wcale nie mogłam tego zrobić, zobaczyłabym tylko jego plecy. Nie widział mnie już, a więc wihajster mógł wyłączyć maszynę jaką się stałam. Wtedy też opadły wszystkie maski. Wtedy się rozpłakałam. I choć wciąż nie mogłam wydać żadnego dźwięku w obawie, że go usłyszy, mogłam płakać. Mogłam wylewać z siebie wszystkie, tak skrajne, emocje. Bo chciałam go przy sobie mieć i nie wolno mi było go mieć.
Rozsądna część mnie marzyła o tym, że jednak go nie spotka. Rozsądna część mnie błagała o to los. Ale jak mogłam łudzić się, że tak będzie, skoro nawet jego biuro jest na tej samej wysokości co moje? Wystarczyło, że wyjrzałabym przez okno i wytężyła wzrok, a zobaczyłabym go tam. Sprowadziłam go tutaj, choć nie wolno mi było się tak zachować. A moja kara jest słuszna. Ale przecież zostanie mi wymierzona raz po raz w przyszłości, a z tą świadomością nie potrafię sobie poradzić.
Naprawdę pragnęłam móc się teraz odwrócić i na niego spojrzeć. Chciałam go mieć... Ale on zawsze był tylko chwilą. Uczuciem. Momentem, którego nie mogłam mieć.
Wiedziałam, że idę tym samym tempem co wcześniej, ale teraz na mojej twarzy nie było już nawet cienia opanowania. A im bliżej byłam obrotowych drzwi FNC Entertainment, im dalej byłam od niego, tym bardziej odbijało się to na całym moim ciele. Na oślep sięgnęłam do swojej czarnej aktówki od Mulberry w poszukiwaniu identyfikatora. Chwyciłam go kurczowo, a potem pchnęłam obrotowe drzwi, wręcz zwalając się na nie. Machnęłam głową, a włosy zasłoniły mi twarz. Spróbowałam wziąć głęboki wdech, ale wyszedł z tego tylko jęk. Weszłam przez drzwi i nawet nie zatrzymując się podniosłam identyfikator pokazując go ochronie. Wiedziałam, że była zaskoczona, bo nigdy nie widziała mnie tak nieprofesjonalnej - gwałtownej, nieuprzejmej i głuchej na cały świat. Pognałam przed siebie, niemal biegnąc, by odnaleźć swój cel, toaletę dla personelu. Zamknęłam się w niej, a potem, osuwając się po drzwiach, zaczęłam wyć. Płakałam głośno i rzewnie. Płakałam tak, jak prawdopodobnie jeszcze nigdy. Nie tak, jak tamtego dnia w swoim ogrodzie. Nie tak, jak tamtego dnia, kiedy dowiedziałam się, że naprawdę będzie tutaj pracował. Bardziej, niż w dniu, w którym wyjeżdżałam z miejsca, w którym oboje mieszkaliśmy. I bardziej, niż po każdej nocy, w której mi się śnił.
Trzęsłam się i dusiłam, ale obraz jego idącego w moim kierunku w tym biznesowym wydaniu, tak pięknego, tak pasującego do wszystkiego wokół, nie chciał mnie zostawić. Ta wizja zdawała się odtwarzać w mojej głowie w zwolnionym tempie.
Wciąż i wciąż.
Ale choć żałowałam, że doprowadziłam do tego spotkania i choć było ono powodem mojego płaczu, to będę je kochać. Kochać dopóki nie dojdzie do innego...
Rozpłakałam się jeszcze rozpaczliwiej.
Wierzyłam, że moje zauroczenie będzie chwilą... Momentem. Wierzyłam cały czas...
Nie było.


II.
Rozmawiałem przez telefon zirytowany faktem, że jeśli nie zrobię czegoś sam, to to nie będzie gotowe na czas. Podniosłem wzrok i zobaczyłem białą dziewczynę stojącą kilka metrów ode mnie i wpatrującą się w fontannę ze smokami. Z nieznanego sobie powodu utkwiłem wzrok w jej brązowych włosach. Sięgały prawie pasa i pokręcone były w delikatne spirale, które uwydatniały jasne refleksy w ich kolorze. I patrzyłem na nie bo kojarzyły mi się z jakimś wspomnieniem, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć co to było.
Zrobiła pół kroku w przód, a potem cofnęła się. Jakby opanowała się przed zrobieniem czegoś złego. Zdawało mi się, że potem się uśmiechnęła. Opuściła głowę jakby była zawstydzona, a włosy zakryły jej twarz. Sekundę później gwałtowny podmuch ciepłego wiatru rozwiał jej włosy, które wylądowały na jej twarzy. Odgarnęła je do tyłu podnosząc głowę. Odwróciłem wzrok starając się na powrót skupić na rozmowie, ale... Byłem zaintrygowany.
Byliśmy coraz bliżej siebie, a ja uparcie pragnąłem sobie przypomnieć dlaczego wydaje mi się, że z kimś ją kojarzę, choć wcale jeszcze jej nie widziałem. Pozwoliłem sobie spojrzeć dopiero kiedy była na wyciągnięcie ręki. I odpowiedź stała się idiotycznie wręcz oczywista. Ale chyba dlatego byłem tak zaskoczony. Ona nigdy nie wyglądała jak jedna z tych dziewczyn, które poznałem, a które interesowały się kulturą Azji. Nawet patrząc na nią teraz nie wydawała się w żaden sposób upodabniać do Azjatek. Ale jest tutaj. Zdaje się tutaj pracować. Dziewczyna, do której dobijałem każdego, każdego dnia. I poznałem ją po włosach... Byłem tak zaskoczony swoim odkryciem, że zamiast ją minąć stanąłem w miejscu i przestałem słuchać tego, co mówi się do mnie przez telefon. Zresztą, chwilę później po prostu się rozłączyłem.
Przypomniałem sobie tamten dzień, w którym wpadłem na nią po raz pierwszy i porównałem to z tym, co widziałem chwilę wcześniej. Wtedy zdawała się być zagubiona, a w pewien sposób nawet trochę przerażona. Nigdy potem jej takiej nie widziałem. Później jej spojrzenie zawsze było pozbawione wszelkich emocji, patrzyło gdzieś ponad wszystko. Pod tym względem nikt nie był tak do mnie podobny... Ale teraz te cechy zdawały się być maksymalnie wyostrzone - bizneswoman, która zmierza do firmy, nie myśląc o niczym poza pracą.
Odwróciłem się i patrzyłem jak odchodzi. Ubrana w białą, kloszowaną sukienkę z angielskim haftem, przypominała szkolną wersję siebie. Tylko szpilki, ciemne oczy i czerwone usta ją zmieniały. Poza tym, nie wydawała się być inna. Sięgnęła do torebki, szukając czegoś zawzięcie, a potem za mocno pchnęła obrotowe drzwi, przez co niemal się przewróciła. Sekundę później zniknęła mi z oczu.
Przypomniało mi się o czym pomyślałem kończąc szkołę: Jeśli znów na siebie wpadniemy, nie będę zaskoczony.
Ale byłem.
Odwróciłem się na pięcie i poszedłem przed siebie.


“I just imagine that I’m just putting a message in a bottle and sending it out to the ocean, and the person who I’m writing about is maybe someday going to get it. 
But even if they don't… it’s important that you said it.”
Taylor Swift


KONIEC

piątek, 26 lipca 2013

"Może nie powinieneś był wracać..."

PEWNEGO DNIA POKOCHASZ TAK BARDZO JAK JA CIEBIE. I PEWNEGO DNIA ZROZUMIESZ JAK WIELE POPEŁNIŁEŚ BŁĘDÓW.
A JA CI WYBACZĘ...


Zabrałam wodę z lodówki i zerknęłam jeszcze czy na blacie nie ma jakiejś poczty dla mnie. Wtedy usłyszałam, że ktoś wyszedł z windy. Przeszłam przez kuchnię i weszłam do holu, a tam stał Filip z jakimś chłopakiem, który miał mniej więcej metr siedemdziesiąt pięć wzrostu – nic, co by mi się podobało. Pewnie kolejny sportowiec. A wtedy się odwrócili i zobaczyłam jego twarz. Moje serce zaczęło bić w tak szybkim tempie, że gdybym była przytomniejsza, to mogłabym zacząć obawiać się o przedwczesny zawał. Butelka niemal wyśliznęła mi się z ręki. Ale byłam wdzięczna, bo choć po raz pierwszy w życiu jakiś chłopak zrobił na mnie piorunujące wrażenie, to nie stanęłam jak wryta, a wciąż do nich podchodziłam.
- Eleno, to David – powiedział wskazując na chłopca. Takie ma imię? Takie, dla takiej twarzy? Nie podoba mi się. - Będę jego agentem przez najbliższe dwa lata. Jest tenisistą.
- Cześć – powiedział.
Poraził mnie jego ton. Zaskoczenie to było jedno, ale on był jedyną osobą, o której mogłabym chcieć by się o mnie starał, a on odrzucił mnie samym powitaniem. To było takie niechętne. Takie pełne wyższości i praktycznie wyplute. I nawet na mnie nie zerknął kiedy to mówił. Zupełnie jakby mnie tam nie było.
- Cześć – prychnęłam.
Filip przyglądał się nam rozbawiony. Powinnam mu nieźle zmyć głowę za to, jak pozwala traktować swoją siostrę.
- Dobrze ci radzę, trzymaj go krótko – rzuciłam i odeszłam w stronę windy.
- Ta sukienka trochę za dużo zakrywa. I do charakterku nie pasuje – usłyszałam.
Odwróciłam się na pięcie i zmierzyłam go nienawistnym spojrzeniem. Zaskakujące, nigdy nie sądziłam, że można być kimś zauroczonym i jednocześnie pałać do niego nienawiścią. Podeszłam do niego tak blisko, że nasze ciała niemal się stykały. Niemal, a moje serce i tak zwariowało jeszcze bardziej.
- Dobrze ci radzę, chłoptasiu, zważaj na słowa. Drugiej szansy nie dostaniesz.
Odwróciłam się na pięcie i nie patrząc na tych dwóch idiotów, weszłam do windy.
Zamknęłam się w swoim pokoju i ekstremalnie wkurzona rzuciłam wodą, ale ta miękko wylądowała na łóżku. Podeszłam do jednej z przeszklonych ścian i wpatrywałam się w zachodzące nad Nowym Jorkiem słońce. Zawsze kiedy podchodziłam do szyb, przypominałam sobie rozmowę rodziców, gdy powiedziałam, że chcę by zamienili się ze mną pokojami.
- Nie ma takiej opcji! Czy ty wiesz jakie to niebezpieczne?
- Niebezpieczne? - wtrącił się Teodor. - Wybacz Konstancjo, ale to hipokryzja, naszym bezpieczeństwem nigdy się nie martwiłaś.
- Ty ją popierasz?
- A dlaczego nie? Chce być otoczona tym widokiem z każdej strony, więc dlaczego nie?
- Nie wiem czy pamiętasz, że jest córką wpływowych ludzi. Masz pojęcie jak łatwym może stać się tutaj celem?
Mama zawsze miała obsesję na punkcie mojego i Filipa bezpieczeństwa.
- To wymieńcie szyby na posiskoodporne? - podsunęłam.
Mama walczyła chwilę ze sobą, jednak odpuściła, a chwilę potem wyszła na zakupy mamrocząc z niezadowoleniem pod nosem.
Ale nie teraz. Teraz stałam pośrodku Wielkiego Jabłka, ochroniona tym pancernym szkłem, niczym wielka i potężna. Teraz nie podziwiałam widoku. Teraz myślałam o tych prawie czarnych, wielkich oczach, pełnych chłodu i wyższości. Ten chłopak był nikim, wszyscy to wiedzieliśmy, ale w jakiś sposób zachowanie dupka uszło mu płazem. Jednak nie to było najgorsze. Najgorsze było to, że choć na samą myśl o nim wzbierał we mnie gniew, to i tak byłam beznadziejnie zauroczona tym, co w sobie miał.
Zwierzęcy magnetyzm.
Zastanawiałam się nad tymi szczegółami jakie utkwiły mi w pamięci: muskularne ramiona, płaski wysportowany brzuch, długie nogi, blada skóra, smukła szyja, nienaganny, choć młodzieżowy strój, twarda jak stal łydka, długie ręce, na których było widać wszystkie ścięgna i te dłonie... Sprawiały wrażenie, że potrafiłby złamać stal. I te długie palce... Zadrżałam.
Ale to wszystko, cała ta fizyczność nie miała znaczenia, kiedy widziałam tą tak chłopięcą twarz i zimne spojrzenie dorosłego człowieka. Był taki odpychający, taki irytujący, ale przyciągał mnie. Sprawiał, że chciałam znać go lepiej, że chciałam być jeszcze bliżej. Chciałam zatopić się w tych ciemnych, wrogich oczach.

*

- Widzę, że twój nowy przyjaciel nie dotrzymuje ci towarzystwa. Świetnie!
Muszę tylko przymknąć oko na to, że śnił mi się całą noc.
- Kręci cię.
Łyżka z płatkami zatrzymała się w połowie drogi do ust. A mój bezczelny brat miał niezły ubaw.
Skąd wiesz? - chciałam zapytać, ale przecież jak nisko bym upadła, gdybym powiedziała, że umieram z zachwytu na samą myśl o jednym chłopaku, który nie zwraca na mnie uwagi.
- Chyba śnisz. I ostrzegam cię, nie będę więcej tolerować jego chamstwa. Zapomnij.
- To super, bo zaraz tu będzie.
Cholera.
Piętnaście minut później, siedząc na kanapie i skacząc po kanałach, usłyszałam ten irytujący, tak męski głos.
A moje serce znów zaczynało szaleć...
- Niezłe nogi – usłyszałam bezczelny przytyk Davida.
Moje biedne serduszko...
Wstałam szybko i zmierzyłam go nienawistnym spojrzeniem. Boże, jakiż był przystojny.
Zlustrował mnie od stóp do głów.
- Teraz dużo lepiej. Widzę, że posłuchałaś mojej rady.
I tu mnie zagiął. Rzeczywiście byłam ubrana inaczej niż wczoraj. Właściwie zupełnie inaczej, to chyba nawet jedyne dżinsowe szorty jakie miałam w swojej garderobie. Ale czy podświadomie ubrałam je z jego powodu?
Rozjuszona wyszłam z pokoju. Gdyby były tutaj drzwi, na pewno bym nimi trzasnęła.
Z dużą irytacją odkryłam jak wygodny był strój, który na sobie miałam. Japonki, szorty i T-Shirt jak się okazało nie tylko niebanalnie na mnie wyglądały, ale były też super wygodne. To wcale nie poprawiło mi humoru.
Ani spacer.

*

- Widzę, że zakupy nie poprawiły ci humoru. Gdybym nie był twoim bratem, to powiedziałbym ci, że powinnaś dać ujście swoim hormonom, bo buzują w tobie już trzeci dzień. Strach pomyśleć, co będzie jak w końcu wybuchniesz...
- Ale jesteś moim bratem – syknęłam.
- Dlatego zapytam, co kupiłaś? – zripostował z szelmowskim uśmiechem. - Dżinsowe szorty?
Moja szczęka powędrowała w dół.
- Nienawidzę cię!
Wychodząc z garażu słyszałam jeszcze jak zanosi się śmiechem.
Dupek.

*

- Ile on tak właściwie ma lat?
- Jest bardzo przystojny...
- Pytałam, ile ma lat? - wycedziłam.
- Chyba powinienem zabronić wam się spotykać... – zaczął zastanawiać się na głos, drapiąc się po brodzie.
- Powiesz mi, do cholery, ile ma lat?
- Ale wyraźnie do siebie pasujecie...
- Jesteś niemożliwy! - zeskoczyłam ze stołka i poszłam jak najdalej od tego przebrzydłego typa.
- Osiemnaście! – zawołał.
A więc tyle ile ja...

*

- Jak widać na stałe przerzuciłaś się na szorty. – Usłyszałam głos tego szmaciarza. Przez cały tydzień udawało mi się na niego nie wpadać, aż do teraz.
Czy to możliwe, że wyprzystojniał jeszcze bardziej?
- Jeśli masz z tym jakiś problem to wyjdź.
- Czy wyglądam jakbym miał? - zapytał z kpiarskim uśmiechem.
- Zresztą nieważne. Ja wychodzę – powiedziałam, jakby miało to jakieś znaczenie.
- Podwieźć cię?
Co?
- Mam szofera.
- Kiedy przed chwilą go spotkałem, jechał na stację benzynową.
Założyłam ręce na piersi.
- Poczekam.
- Daj spokój. Chodź, przejedziemy się – powiedział i otworzył windę.
Co ja tu do cholery robię? - pomyślałam wsiadając do białego, sportowego Audi.
- Gdzie?
To było jedyne słowo jakie wypowiedział. Czas nauczyć go grzeczności.
- Czy nie powinieneś być na kortach i ćwiczyć? - zapytałam zjadliwie.
- Właśnie się tam wybieram. Możesz jechać ze mną.
- To nawet nie taki zły pomysł... – Zobaczymy, co pan Jestem Lepszy Niż Ty potrafi. A pewnie niewiele. - Wiec po co przyjechałeś do mojego domu?
- Filip prosił żebym sprawdził czy czegoś nie potrzebujesz.
- Chyba żartujesz. - To idiotyczne!
- A wyglądam? – zapytał patrząc na mnie.
I, cholera, nie, bo on zawsze wyglądał śmiertelnie poważnie. Dlatego każda kpina w jego głosie, była tak przejmująca, bo jego oczy dodawały temu takiej mocy, jakby to była obelga.
Był dobry, za dobry. A Filip widział moją irytację, za każdym razem kiedy imponował talentem. I chwała Bogu, że widział tylko to. Bo kiedy zmieniał koszulkę, moje ciało aż pulsowało, od obcego do tej pory pragnienia. Skończyło się to tak, że weszłam do hali i poszłam grać w squasha, uderzając rakietą w piłeczkę, z taką siłą, że powinna była się rozpaść.
Najgorzej jednak było kiedy poszłam pod prysznic. Ten sposób w jaki moje nagie ciało reagowało na myśl, że on jest gdzieś niedaleko... A przecież od samego wspomnienia jego oczu płonęłam.

*

Siedziałam nad swoim szkicownikiem i poprawiałam właśnie jeden z dwóch karniszy.
- Niezła kreska – usłyszałam głos i poczułam jego obecność. Pochylał się nad moimi plecami i zaglądał przez ramię na projekt.
Te oszałamiające perfumy... Najpiękniejszy zapach z jakim kiedykolwiek się spotkałam.
Podniosłam głowę i zamarłam. Nie śmiałam się odezwać, mój głos byłby zbyt roztrzęsiony.
Powinnaś była siedzieć w pokoju! - krzyknęłam w myślach na samą siebie.
- Filip mówił, że projektujesz wnętrza... - Po jaką cholerę mu to powiedział? - Podobno masz talent. - Nie słychać było, by podzielał tą opinię. - I obiło mi się o uszy, że masz jutro urodziny.
Czy moje serce właśnie przestało bić?
- Jutro – powtórzyłam zbita z tropu, bo chyba sam nie usłyszał, że to powiedział.
- To powiedziałem. - Jaki on był zimny. Aż dreszcz przechodził po plecach.
A mnie i tak było gorąco.
- Chce cię gdzieś zabrać. - To nie było pytanie, a nawet gdyby było...
Zamknęłam oczy.
- Nie stać cię.
Pod moimi powiekami zbierały się łzy. On mnie nie chce – powtarzałam sobie. On mnie nie chce.
- Po prostu chodź.
Miałam ochotę się rozpłakać. Moje własne słowa zabolały mnie bardziej niż jego. Nie dotknęły go ani trochę.
Ale poszłam z nim. Nie odezwał się ani razu przez cała drogę. I ja też tego nie zrobiłam. Dopóki nie zobaczyłam gdzie jesteśmy. Przywiózł mnie do centrum sportów ekstremalnych. Obszedł samochód i kolejny raz udowodnił mi, że choć jest bezczelny, to wie jak być doskonale wychowanym. A po tym jak podał mi rękę bym wyszła z samochodu, nie puścił jej, tylko poprowadził do środka.
- Co my tu robimy?
- Zobaczysz – odpowiedział swoim normalnym tonem, takim, z którego nic nie dało się odczytać.
Czułam się jakby ktoś oderwał mój mózg od reszty ciała. Przyglądałam się wszystkiemu niezmiernie zdumiona, że ma to dotyczyć nas. I wróciłam do siebie dopiero w samolocie, kiedy uświadomiłam sobie, że przylega do mnie całym ciałem i oboje jesteśmy do siebie poprzypinani.
- Skaczemy – powiedział.
Moje serce wariowało, ale nie ze strachu przed lotem ze spadochronem, a przez to, że on obejmuje mnie ramionami; przez to, że czuję upajający zapach jego perfum i jego ciało na swoim.
- Podoba ci się? – usłyszałam, jak wykrzykuje pytanie.
Podobało. Lot tak. Cała reszta... Nie odpowiedziałam, bo i nie znalazłam słów, które by to opisywały.
Stałam pośrodku wielkiego pola, które przypominało trochę golfowe. Wpatrywałam się w przestrzeń, a on był gdzieś za mną i zbierał spadochron. Gdybym była tu sama - płakałabym, ale nie byłam. I te wszystkie emocje kłębiły się w moim wnętrzu - rozrywając mnie od środka, bo nie mogły wydostać się na zewnątrz. Nawet krzykiem. Bo nie byłam tak spokojna od momentu, w którym po raz pierwszy go zobaczyłam.
Poczułam, że stanął za mną. Odwróciłam się powoli i spojrzałam mu w oczy. Były nieprzeniknione, tak jak jego wyraz twarzy. Zawsze taki był.
I nim zdążyłam to zauważyć, chwycił mój policzek i pocałował mnie namiętnie. Po raz pierwszy mogłam dotknąć jego twarzy i poczuć, że jest dokładnie tak nieskazitelna, jak wygląda. Przyciągnęłam go do siebie i oddałam mu pocałunek, i jeśli to miało spalić za mną wszystkie mosty, to przynajmniej będę wiedzieć, czego żałować. Jedną dłoń trzymałam na jego karku, a drugą wplotłam w jego cudownie miękkie włosy. Warknął jakby był zły, że śmiem niszczyć jego idealnie ułożoną fryzurę, a potem jego pocałunki stały się jeszcze bardziej gorące, wręcz dzikie.
Moje ciało już nie płonęło. Ono się spalało.
Jego silne ramiona trzymały mnie mocno, bym nie upadła od ilości rozkosznych doznań. Był tylko jeden ból. On wciąż był zbyt daleko.
Powoli przerwał pocałunek i patrzył mi w oczy. Nie wiem, co w nich znalazł. Jedyne co wiem, to to, że te jego były teraz czarne jak węgiel.
Wziął mnie za rękę, chwycił spakowany spadochron i poprowadził z powrotem.
- Naprawdę lepiej wyglądasz w tych szortach – zauważył, kiedy przechodziliśmy przez drzwi windy.
- Widzę, że nienawiść kwitnie – zakpił Filip.
- Uważaj, bo powiem mu jak mówiłeś o nim, że jest przystojny – ostrzegłam.
David parsknął śmiechem. Moje serduszko zatrzepotało na ten dźwięk. Po raz pierwszy słyszałam jak się śmieje. Po raz pierwszy widziałam, że to jest bezinteresowne i szczere.
Pocałował mnie w skroń, a potem pożegnał się i wyszedł.

*

- Twój tatuś już skończył imprezę urodzinową swojej kochanej córeczki? – zakpił.
Siedział na moim łóżku i obracał czerwoną różę w swoich długich palcach. To jak seksownie wyglądał, w nikłym świetle rzucanym przez malutkie lampki, było niemożliwe do opisania. Naprawdę, naprawdę musiałam się skupić nie tylko na tym, by moje myśli nie pogalopowały przed siebie, ale też by się na niego nie rzucić.
- Co tu robisz? – wykrztusiłam, podchodząc bliżej. Nie wiedziałam jak mam się zachować.
- Udało mi się zdążyć na twoje urodziny – ton miał lekki, ale wpatrywał się w kwiat, gdy to mówił. A potem podniósł głowę i spojrzał na mnie. - Masz na sobie sukienkę.
Jego spojrzenie jeszcze nigdy nie było tak intensywne.
Miał rację - miałam sukienkę. Ale nigdy wcześniej nie czułam się w nich tak źle. Naprawdę pokochałam szorty i T-Shirty. Dzięki niemu. Ale teraz, teraz czułam się jakbym nie miała na sobie zupełnie niczego.
Podniósł się i podał mi kwiat. Nic nie mówił, tylko wpatrywał się w moje oczy. Dotykał mojej duszy. Wyciągnęłam rękę by złapać podarunek, ale przeleciał mi przez palce, kując delikatnie. Długa, czerwona róża upadła na kremowy dywan.
Wtedy zerwała się tama.
Jednocześnie wpiliśmy się w swoje usta. Obiema rękoma przyciągnęłam go do siebie, a on zaczął prowadzić mnie do ściany, która była dopiero po przeciwnej stronie pokoju. Jęknęłam z rozpaczy, moje łóżko jest tam, chciałam powiedzieć, ale nie byłam w stanie. Wtedy podniósł mnie i oplótł sobie moje nogi wokół bioder, a potem poczułam jak dotykam odsłoniętymi plecami zimnej ściany. To pobudziło moje ciało jeszcze bardziej, a z gardła wydobył się niekontrolowany jęk. Błądził ustami po mojej szyi; dekolcie; łopatkach; topił ręce w moich włosach, a ja niemal nieprzytomna odpinałam guziki jego koszuli.
Jego uroda była wręcz nie do zniesienia. Był zbyt idealny. Zbyt przystojny. Zbyt pociągający.
Zbyt uzależniający.

*

- Chcesz zrobić sobie tatuaż? – zapytał, kiedy przekraczaliśmy próg salonu.
- Masz z tym jakiś problem?
- Nie mam. Bardzo mi się ten pomysł podoba – powiedział tonem, od którego wszystko we mnie aż pulsowało. Najbardziej nieudolnie, ale jednak, kojarzyło mi się to z pomrukiem i warknięciem jednocześnie. Natomiast na jego zwykły głos reagowałam dreszczami na całym ciele.
Parę dni później umierałam z rozkoszy, kiedy całował moje lewe przedramię, na którym frunęły ptaki. Symbol wolności absolutnej. Coś, co czułam tylko przy nim. Choć, paradoksalnie, nikt nie zniewalał mnie tak, jak on.

*

- Nie zauważyłaś jaka stałaś się przy nim zimna, sarkastyczna, taka... snobistyczna? Nie byłaś taka – powiedziała mama siadając na moim łóżku, zajadała się babeczką z owocami. To była kolejna z tych irytujących rozmów.
- To, co mówisz, jest śmieszne – powiedziałam szczotkując swoje długie, sięgające niemal pośladków, kręcone włosy. - Mam pieniądze. Nieważne jaka jestem.
- Co proszę?
- Dobrze wiesz – powiedziałam, odwracając się na krześle i patrząc na nią. - Nieważne jaka jestem. Dla ludzi najważniejsze są moje pieniądze. I nieważne jaka będę – one załatwią więcej niż piękny uśmiech. I więcej niż taki naprawią.
- Ten chłopak...
- Tak, wiem. Powtarzasz mi to na każdym kroku.
- A ty i tak nie słuchasz!
Od miesięcy powtarzała mi jak bardzo on mnie zmienił i jak bardzo nie jest dla mnie. Wiedziałam, że miała rację. Kiedyś sama bym tak uważała. Kiedyś wolałam innych chłopców. Ale on był niepowtarzalny. Zupełnie jakby był mroczny i niebezpieczny – właśnie tak odbierałam go od samego początku i po niemal półtora roku, to nie zmieniło się ani trochę. Przyciągał mnie, kusił, czarował, zmysłowo szeptał... A ja to kochałam.
- I nie posłucham – powiedziałam i wyszłam z pokoju zostawiając ją samą.

*

Zastanawiałam się czy wiedział, że dwa lata temu spotkaliśmy się po raz pierwszy. Teraz wyjechał, ale na pewno zjawi się na moje urodziny. Nie wiem tylko dlaczego od wczoraj nie odbiera telefonu. Filip też nie mógł się dodzwonić. Chciał zaprosić go na swój ślub, bo choć współpracę zakończyli w zeszłym tygodniu, to byli przyjaciółmi.
Uśmiechnęłam się szeroko na wspomnienie naszego ostatniego wypadu. Było tak wspaniale – jak zwykle. Spontanicznie, trochę niebezpiecznie, namiętnie... Moja wielka, jedyna miłość.
Potrzebowałam go mieć przy sobie. I miałabym, gdyby nie studia z architektury.
A on błyszczał na korcie.



15 lat później

Spoglądałam w lustro. Był 31 lipca, ostatni dzień mojego panieństwa. W dniu swoich urodzin z pani Douglas stanę się panią Hektor. Zerknęłam na zegar. Obiecałam doglądać przygotowań. Moja mama zawsze marzyła o ślubie z wielką pompą dla swojej córki. I o ile nie chodziło o ilość gości zbliżoną do dwóch tysięcy, to o rozmach otaczającego miejsca – wielkie pole, niczym do golfa; okrągłe stoły przyozdabiane tysiącami kwiatów; orkiestra na wielkim podium do tańca; godzinami trwająca zabawa; usłana płatkami białych róż droga do łuku ślubnego. I tak dalej, i tak dalej... Kiedyś mi się to podobało, kiedyś marzyłam o tym dniu waśnie w taki sposób. Teraz wystarczyłaby plaża, nas dwoje i kapłan.
Spojrzałam w lustro raz jeszcze i ostatni raz przeczesałam swoje włosy Tangle Teezer. Odłożyłam szczotkę na toaletkę, kiedy poczułam na odkrytym ramieniu muśnięcie ust. Uśmiechnęłam się delikatnie i przez lustro spoglądałam na niego. Pochylał się nade mną i składał delikatne pocałunki na mojej ręce, sunąc nosem coraz bardziej w górę, by w końcu odgarnąć moje włosy i założyć je na moje lewe ramię. Odchyliłam głowę w bok, a on zaczął całować moją szyję. Przygryzłam wargę, starając się ukryć rozbawianie, jednak kiedy oplótł mnie ramionami - parsknęłam śmiechem.
Urażony zastygł w bezruchu, a ja wstałam i odwróciłam się do niego. Wyciągnęłam ręce w górę by dosięgnąć jego krawatu i zaczęłam go wiązać. Był tak wysoki, że nawet by wykonać tę prostą czynność, musiałam zadzierać głowę.
- Jak stąd wyjdziesz to do jutra cię nie zobaczę – burknął.
- Wiem Jazz, przepraszam.
- Nie przepraszaj. Oboje się na to zgodziliśmy.
- Nie do końca – wypomniałam mu, zwracając jego uwagę na oczywiste fakty.
Westchnęliśmy jednocześnie. Moja matka potrafiła owinąć go sobie wokół palca lepiej niż ktokolwiek inny. Lepiej niż ja! A wszyscy dostrzegamy, że świata poza mną nie widzi.
- Nie ma sposobu, żebym cię jeszcze zobaczył?
- Nie ma.
- Żadnego?
- Żadnego. Spotkamy się jutro. Na pewno poznasz mojego tatę, często widujesz go w garniturze.
- Coś w tym jest. Ty tak rzadko chodzisz w sukienkach, że naprawdę mogę cię nie poznać.
- Ale chodzę w bieli – zauważyłam i przyciągnęłam węzeł. Wygładziłam krawat i zadarłam głowę jeszcze wyżej.
- Czyli naprawdę się już nie zobaczymy?
- Naprawdę. - Dla mnie to było równie idiotyczne jak dla niego. - Gdybyśmy się zobaczyli, to tylko z jednego powodu. Przyszłabym odwołać ślub – mówiłam poważnie, jednak nie brałam tego ani trochę na serio.
Pocałował mnie namiętnie słysząc to, a kiedy oddałam pocałunek, wyraźnie się uspokoił. Pocałował mnie jeszcze w czoło i wyszedł z apartamentu.
Zabrałam torebkę, ubrałam swoje czarne Louboutiny i wyszłam z apartamentu. Parkingowy natychmiast podstawił moje białe Audi, a gdy tylko do niego weszłam, otworzyłam dach i pomknęłam przez słoneczne Los Angeles.
Właśnie. Słoneczne.
Mama musiała mieć pewność, że warunki atmosferyczne w żadnym razie nie przeszkodzą w ceremonii. I o ile spodziewałam się, że uroczystość nie odbędzie się w Nowym Jorku, o tyle nawet w najgorszych snach nie sądziłam, że kiedy już wyląduję w mieście, w którym mam dom, będę mogła spać tam tylko ostatnią noc przed ślubem. Nie, bo nie wypada żebym mieszkała z Jasperem w moim domu przed ślubem. „Zamieszkacie w hotelu.” Prychnęłam.
Wstąpiłam po drodze do Sephory po nową butelkę perfum, a stamtąd prosto do Museum J. Paula Getty'ego, gdzie od dwóch dni trwają przygotowania. I pomijając ilość ochrony jaka tam teraz jest, to trzeba jeszcze wspomnieć o kosztach tego pomysłu, gdyż muzeum będzie zamknięte dla turystów przez całą niedzielę. A to naprawdę kosztowny pomysł.
Mama.
Zaparkowałam na zarezerwowanym miejscu, a ochrona otoczyła mnie ze wszystkich stron. Ostatnie czego teraz pragnęłam to paparazzi. Weszłam do ogrodu i ze szczytu białych schodów podziwiałam krzątających się we wszystkich kierunkach ludzi, depczących ten piękny, zielony dywan. W Kalifornii wszystkie kolory wydawały się takie nasycone... I to suche powietrze, uwielbiałam je, bo w przeciwieństwie do duchoty Nowego Jorku, to było wręcz orzeźwiające. Nim zdążyłam zejść, u mojego boku pojawił się jakiś chłopak, który pewnie jeszcze nie skończył liceum, ale już musiał oszczędzać na studia.
- Czy panienka chciałaby się czegoś napić? – zapytał, nie patrząc mi w oczy. A ja już wiedziałam, że został gruntownie przeszkolony, łącznie z odległością na jaką może się do mnie zbliżyć.
- Spójrz na mnie – powiedziałam spokojnie. Chłopak zawahał się, ale spojrzał mi w oczy. - Na stoliku jest mnóstwo różnych napojów. Podejdę tam i sama sobie wybiorę ten, którego chciałabym się napić. - Chłopak skurczył się w sobie. - Zapłacę ci 200$, jeśli obiecasz mi, że już więcej nie podejdziesz z usłużną chęcią pomocy.
- Ale ja nie...
- Albo weźmiesz albo cię zwolnię – powiedziałam wyciągając z tylnej kieszeni szortów dwa zwinięte stu dolarowe banknoty.
Zdumiony wybełkotał podziękowanie i potykając się zniknął mi oczu.
Podeszłam do dyrygującej wszystkimi mamy. Zmierzyła mnie krytycznym wzrokiem i zacmokała znacząco.
Wywróciłam oczami.
- Mam nadzieję, że małżeństwo poprawi twój gust.
Prychnęłam. Zachowywała się idiotycznie. Odnosiłam nawet wrażenie, że nie widziałaby różnicy w moich ubraniach, gdybym założyła rzeczy z bazaru. Dla niej moje upodobanie do dżinsowych szortów, białych T-Shirtów, a do tego szpilek było złem ostatecznym. To, że wszystko co mam na sobie jest warte co najmniej tyle ile wynosi średni zarobek Amerykanina, nie miało żadnego znaczenia. A zacznę ubierać się tak jak ona sobie wyobraża, za co najmniej pięć lat. Naprawdę, do tej pory, nie mam nic do zakrycia.
- Znamy się z Jazzem od roku i jakoś nigdy nie przeszkadzało mu to, jak się ubieram.
- Bo najwidoczniej nie wie, że możesz wyglądać lepiej.
- Nie wiesz, co mówisz.
- Wyglądasz jakbyś ciągle kochała tego...
- Przestań! - syknęłam i odwróciłam się na pięcie.
Nalałam sobie sok, a potem, starając się unikać mamy, krążyłam wśród organizatorów, pytając o drobiazgi, które tak naprawdę nie miały dla mnie żadnego znaczenia.
Kiedy dwie godziny później mogłam uciec do swojej posiadłości, nareszcie miałam czas by się odprężyć. Rzuciłam kluczyki z samochodu i przeszłam się po domu. Ostatni raz byłam tu przed poznaniem Jaspera, a więc ponad rok temu. Miałam ochotę popływać, więc wyciągnęłam z szafy kostium kąpielowy i zawiązałam jedwabne pareo. Zeszłam na parter i usłyszałam nieoczekiwany dzwonek do drzwi. Zaintrygowana podeszłam do furtki. A potem przez kraty zobaczyłam kto stoi po jej drugiej stronie. Źrenice rozszerzyły się z zaskoczenia i przerażenia, dreszcz przebiegł po kręgosłupie, a krew zaczęła krążyć w moich żyłach z zawrotną prędkością.
- Wpuść mnie – szepnął.
Moje serduszko rozpadło się na miliardy kawałeczków, kiedy zdałam sobie sprawę, że podświadomie spełniam jego rozkaz. Przeszedł przez furtkę, zamknął ją i spróbował chwycić moje ramiona, ale ja tylko odsuwałam się od niego. Odsuwałam i odsuwałam, a on szedł za mną - dopóki nie dobiłam do ściany swojego domu.
- Nie uciekaj – powiedział opierając ręce po obu stronach mojej głowy.
Ta twarz... Te włosy... Te usta... Te oczy...
Ten ton...
Ten sposób bycia.
- Wynoś się stąd! - wykrztusiłam.
- Przecież tego nie chcesz – powiedział muskając nosem mój policzek. - Widzę jak na mnie reagujesz.
- David, - Jego imię przechodząc przez moje gardło raniło niczym kanciasty przedmiot. - wynoś się stąd – powiedziałam zachrypłym z emocji głosem. Powinnam być stanowcza, a niemal szeptałam.
- Nie możesz wyjść za tego biurokratycznego chłoptasia. On nie jest dla ciebie.
Jego słowa zrobiły na mnie jeszcze większe wrażenie niż jego pojawienie się. Wszystko we mnie wrzało, ale kiedy dotknęłam jego klatki piersiowej by go od siebie odepchnąć, czułam jak moje serce pęka - znowu i znowu.
- Jak śmiesz? - krzyknęłam. - Jak śmiesz mówić mi z kim mogę się zadawać, a z kim nie? Jak śmiesz mówić mi, czego chcę? Jak śmiesz? Wynoś się stąd! - Zrobił pół kroku w tył, zaskoczony moim wybuchem. To pokazało mi, że przez cały ten czas wcale o mnie nie myślał. Gdyby tak było - pamiętałby, że tak wybuchowe relacje mieliśmy na początku. A w pewien sposób, że byliśmy tacy zawsze. - Wynoś się, bo dzwonię po ochronę, wynoś się!
A ten drań mnie pocałował. Wpił się w moje usta, jakby robił to każdego dnia. A jedyne co w obronie zrobiło moje ciało, to oparło ręce na jego piersi. I oddawało mu każdy, każdy pocałunek. A po moich policzkach spływały wodospady łez. To była największa tortura z jaką kiedykolwiek się spotkałam. Bo chciałam wierzyć, że to coś znaczyło. Chciałam tylko w to wierzyć, a nie potrafiłam nawet tego. Całowałam człowieka, który był mi obcy od zawsze. Ale zdobyłam tą wiedzę dopiero teraz.
Odsunął się i chwycił moją twarz w swoje dłonie. Łzy nie przeszkadzały mi dostrzec, że jego oczy nie zmieniły się nic a nic. Ale dopiero teraz było w nich coś, co mnie odpychało – były obce. Dopiero teraz dostrzegałam, że dla mnie zawsze takie były.
- Wynoś się.
Ściągnął jedną dłoń z mojej twarzy i chwycił nią moją rękę, w miejscu, w którym miałam tatuaż. Jego kciuk gładził go delikatnie, a ja cała drżałam.
- Kochasz mnie.
Wtedy się rozsypałam.

- Kocham. Zawsze kochałam. Każdego dnia bardziej, przez siedemnaście lat. A ty mnie zostawiłeś. Zniknąłeś. I teraz się zjawiasz, teraz kiedy obiecałam ułożyć sobie życie. Na dzień przed moim ślubem. - Zamilkłam na chwilę. - To trochę za późno – zakpiłam, bardzo w jego stylu.
- Jeśli się kogoś kocha, to nigdy nie jest za późno. - To nie było ani trochę w jego stylu. Wiedziałabym to nawet gdyby byłoby to pierwsze zdanie, jakie bym od niego usłyszała.
- Gdybyś mnie kochał przyszedłbyś wcześniej. Miałeś piętnaście lat żeby się zjawić. Tyle na ciebie czekałam, wiesz o tym? Piętnaście. - Zamilkłam i znów zmieniłam ton. - Jednak muszę przyznać, że jestem zaskoczona. Z twoim mniemaniem o sobie, aż dziw, że nie wtargnąłeś na uroczystość. Czego oczekujesz? Że zostawię Jaspera dla ciebie? Dla ciebie? - zakpiłam.
Coś we mnie szarpało się, raniło, płakało i krzyczało o pomoc.
- Właśnie tego – wyszeptał, a mnie owionął jego miętowy oddech. Dokładnie taki, jak zapamiętałam.
- Zawsze byłeś arogancki. Ale teraz jesteś bezczelny. A my już nigdy nie będziemy razem. Bo i nigdy do siebie nie pasowaliśmy. Wynoś się stąd. I nigdy więcej mnie nie szukaj – wycedziłam. - Wynoś się.
Odwróciłam się na pięcie i trzaskając drzwiami, zamknęłam się w swoim domu.
Kiedy przestałam płakać uświadomiłam sobie, że jest już późne popołudnie. Pozbierałam się z podłogi, poszłam do garderoby i włożyłam na siebie pierwsze rzeczy z brzegu. Jadąc do hotelu poruszałam się jak automat. Byłam zupełnie nieświadoma ruchów jakie wykonuję, samochodów czy ludzi, którzy mnie otaczają. Wysiadłam ze swojego Audi i rzuciłam kluczyki nawet nie patrząc czy chłopak je złapał.
- Klucz – powiedziałam przy kontuarze nieznoszącym sprzeciwu głosem.
Bałam się dopiero kiedy nacisnęłam klamkę.
Rozmawiał z kimś przez telefon choć właśnie miał iść na siłownię. Chyba nieświadomy tego, co robił, widząc mnie wyłączył telefon i rzucił nim na najbliższy blat. Byłam coraz bliżej niego. Serce waliło mi jak młotem, ale twarz musiałam mieć poszarzałą ze zmęczenia i niedotlenienia. Jakoś od kilku godzin miałam poważne problemy z oddychaniem.
- Żartujesz – wykrztusił.
- Przepraszam – szepnęłam.
- Ale... O co chodzi. Co się stało, maleństwo?
Wziął mnie w ramiona, a potem chwycił mój podbródek bym spojrzała na niego. Nie opierałam się.
- Powiedz mi.
- Kocham cię – szepnęłam z pasją.
- Wiem, maleństwo – szepnął ciepło. - Więc o co chodzi?
Przełknęłam ślinę, szukając w sobie siły, której nigdy nie miałam.
Wziął mnie na ręce, zaniósł na kanapę i usadził na swoich kolanach.
- Jesteś najlepszym co mi się w życiu przytrafiło – wyszeptałam. Jak to możliwe, że jeszcze nie płakałam? - Najlepszym!
- Co ty pleciesz? - zbeształ mnie jak małe, niesforne dziecko.
- I dlatego nie mogę za ciebie wyjść.
Miałam ochotę wyskoczyć z okna za samo to, co widziałam w jego oczach.
Co ja zrobiłam?
- Ten dzień, w którym się poznaliśmy. Od razu przypadliśmy sobie do gustu, prawda? Byłeś idealny. Idealny! Ciepły, opiekuńczy, stały. Taki oddany, spokojny, zabawny. Troskliwy, romantyczny i ujmujący. Kocham w tobie każdą z tych cech – razem i osobno. A także każdą, której nie wymieniłam. Każdą! - Zmieniłam pozycję tak, by klęczeć na jego kolanach. Drżącymi rękami dotknęłam jego policzka; jutrzejszego ranka będzie delikatnie drapać... - Nie zasługuję na ciebie – powiedziałam łamiącym się głosem.
Co ja zrobiłam?
- Co ty wygadujesz?
- Nigdy – przerwałam mu gwałtownie, nim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej.
Tak bardzo go potrzebowałam, że wiedziałam, że to co robię, to porywanie się z motyką na słońce. Tak niewiele brakowało bym straciła całą silną wolę i błagała, by zapomniał o wszystkim, co powiedziałam. By wszystko mogło być dobrze.
Co ja zrobiłam?
- Błagam, nie myśl, że odeszłam od ciebie, bo cię nie kochałam. Kocham cię aż nadto, gdyby tylko ta miłość coś znaczyła...
- Co?
- Wypowiedzenie pewnych słów dzisiaj uświadomiło mi, że wmawiałam sobie, że kocham cię najbardziej na świecie. A to nie prawda. Tłumiłam w sobie tamtą miłość przez piętnaście lat, ale ona wróciła, uświadamiając mi, że gram nieczysto. Widzisz...
Zapatrzyłam się w okno, by zebrać swoje myśli i nadać im jakieś słowa. Płacz był łatwiejszy. Płacz nie wymaga słów. Płacz to spowiedź przed samym sobą.
- Widzisz, kochanie innego nie sprawiło, że kocham cię mniej, przez niego, a raczej dzięki niemu. On w zupełnie chory sposób zawsze będzie o dwa kroki przed tobą. Kocham cię najbardziej na świecie, a jednak siłą jakiej nie potrafię wytłumaczyć, jego bardziej.
Oboje milczeliśmy przez jakiś czas.
- Zrozumiałam, że spędziłam połowę życia kochając tego człowieka i każdego dnia nie kochałam go mniej, a mocniej. Do dzisiaj.
Chwycił moją twarz w swoje duże dłonie i odwrócił ją tak, bym nie uciekła jego spojrzeniu.
- Więc dlaczego? Więc dlaczego nie chcesz dać nam szansy, właśnie teraz.
- Bo choć tego pierwszego dnia wiedziałam, że się zakocham, że będę cię kochać, to zawsze porównywałam cię z nim. Tamtego dnia robiłam to najbardziej świadomie. Ale kiedy pocałowałeś mnie w czoło na pożegnanie, przyrzekłam sobie, że nigdy więcej was nie porównam. I nie robiłam tego. Nie świadomie. Bo jego obecność otacza mnie z każdej strony. Zawsze kochałam cię tak szczerze, jak tylko mogłam; zawsze tak mocno, jak mogłam. Ale tak kocham ciebie. Jego kocham mocniej. Nie potrafię się z tego wyleczyć. Zawsze będę go kochać tak, jak dzisiaj.
- Dlaczego jesteś taka pewna, że ci nie przejdzie? - To nie był przekorny ton Davida, to nie była ta pewność swego, ale on nie potrzebował tego by wszystko osiągnąć.
I miał wszystko, i był wszystkim innym, ale nie nim.
On się o mnie martwił.
Dobry, opiekuńczy, troskliwy, kochany, ciepły... Jak zawsze.
Co ja zrobiłam?
- Bo w tobie zakochiwałam się przez miesiąc. Sekunda po sekundzie, od tamtego pierwszego spotkania.
- To mało?
- W nim przez siedemnaście lat.
- Ale...
- Byliśmy parą tylko dwa lata... A potem piętnaście lat, sekunda po sekundzie... Tyle z tym walczyłam... I tyle samo razy przegrałam.
- Dlaczego pozwalasz mu, by wszedł między nas?
- Bo cię kocham. A ty zasługujesz na to, by ktoś kochał cię tak bardzo, jak ty mnie.
- Dlaczego jesteś tak pewna, że nauczę się żyć bez ciebie? – powiedział, powoli spuszczając ręce. Godził się z losem.
- Bo sposób w jaki się kochaliśmy zawsze był zdrowy. Czysty. Naturalny i odurzający. Jego kocham jak narkotyk. Ta miłość mnie nie upajała, ona mnie mamiła. I choć to wiem, i choć kocham ciebie, jego wciąż kocham.
Wstałam z jego kolan. On nawet nie drgnął. Walczył ze swoim dramatem. A ja to wszystko widziałam w jego oczach. I wszystko to rozumiałam. Choć mnie nigdy nikt z miłości nie zostawił.
Może nie powinieneś był wracać...
- Przepraszam. Nigdy na ciebie nie zasługiwałam. Przepraszam, że przyznałam się do tego dopiero teraz, a nie w dniu, w którym zaprosiłeś mnie na pierwszą randkę. Przepraszam.
- Odejdziesz do niego? - Teraz patrzył mi w oczy, ale nie było tam cienia oskarżenia czy zazdrości. Był tylko ogromny smutek złamanego serca.
Ściągnęłam malutki srebrny pierścionek z serduszkiem i grawerem, jakim mi się oświadczył. Był taki piękny. Mały, prosty, tani... Dokładnie o takim marzyłam. Położyłam go na środku prawej dłoni i otworzyłam pięść przed nim, by go zabrał.
Może nie powinieneś był wracać...
- On nigdy nie był dla mnie. To zawsze była tylko moja miłość. Zły wybór, od którego nie ucieknę.
Wciąż czekałam, aż zabierze pierścionek.
- Zachowaj go – poprosił. Nic więcej nie powiedział.
Nie potrafiłam wydobyć z siebie słowa. Miałam tylko nadzieję, że zobaczy w moich oczach tę bezgraniczną wdzięczność.
Podeszłam do niego i pochyliłam się delikatnie.
- Przepraszam – szepnęłam całując go w skroń.
Dopiero wtedy się rozpłakałam, bo uświadomiłam sobie, że gest ten odziedziczyłam po Davidzie.
Wybiegłam z pokoju i hotelu. Wsiadłam i odjechałam do przeciwległej części miasta.
Wspięłam się na wzgórze, na którym po raz pierwszy go spotkałam. Była czwarta rano i oboje biegaliśmy po tym wzgórzu. Był taki wysoki... Moja mama zawsze uważała, że to przeznaczenie, że się tu spotkaliśmy - oboje byliśmy z Nowego Jorku. Zatrzymałam się, by napić się wody, a on zjawił się niewiadomo skąd i z pokorą prosił mnie bym się z nim podzieliła, bo nowojorska duchota chyba nawadnia, a tu nie ma ani grama wody w powietrzu.
Doszłam do szczytu wzgórza i tego jedynego drzewa jakie tu rosło. Gdyby paparazzi wiedzieli jaki dobry jest stąd widok na weselne przygotowania, na pewno nie byłabym tutaj jedyną osobą. Oparłam się o drzewo i uśmiechnęłam, pogrążając się we wspomnieniu.
On był taki inny. Taki ciepły, czarujący, ale nie tajemniczy. Nie potrzebował maski i czarnej peleryny, by wyglądać jak książę. Oczarował mnie samą prośbą o łyk wody i tym, że zrewanżuje się najlepszą kawą w mieście.
Po moich policzkach płynęły gorące łzy.
Może nie powinieneś był wracać... Może nie powinieneś był wracać... Może nie powinieneś był wracać...
To jak często szeptał czułe słówka, przytulał, prawił komplementy czy dawał kwiaty. Idealny mężczyzna i absolutne przeciwieństwo Davida. A ja i tak nie dostrzegałam w tym zalety. Boże broń, bym uznawała to za wadę, ale gdyby był zupełnie inny czy też nie powinien mnie pociągać?
Chyba właśnie to było kluczem. W Davidzie zawsze było coś, co mnie przyciągało, bliżej i bliżej. Przy Jasperze było inaczej. Ja po prostu chciałam przy nim być. Ja, a nie jakaś mistyczna siła, która by mnie do niego pchała. I jeśli miłość można podzielić na niebezpieczną, zakazaną, rozczarowującą, złą i sprawiająca ból oraz na taką, która tworzy dom, jest wsparciem, najczystszym dobrem i nadzieją, to Jasper był tym drugim rodzajem.
A i tak wolałam Davida.
Może nie powinieneś był wracać... Może nie powinieneś był wracać... Może nie powinieneś był wracać do mnie...
Dostałam MMS. Tak, jak się spodziewałam, żona Filipa wysyłała zdjęcie USG. Uśmiechnęłam cię, bo mój brat w każdym calu zasłużył na swoje szczęście.
Jazz też. Był zbyt dobry, by trafić na kogoś, kto będzie porównywać go z kimś niewartym nawet złamanego centa. A jeden z milionów dowodów jego dobroci miałam przed oczami, w dolinie. Już nikt nie dokonywał ostatnich poprawek przed uroczystością. Bo już powiedział im, że ślubu nie będzie.
Wyłączyłam telefon.
Spojrzałam na pierścionek, który obracałam w palcach. Włożyłam go na palec, na którym jutro powinna znaleźć się obrączka.
Kocham cię Jasperze.
Odwróciłam się w innym kierunku i osunęłam po korze starego drzewa, opadając na ziemię. Teraz czas stracił znaczenie.
Może nie powinieneś był wracać... Może nie powinieneś był wracać... Może nie powinieneś był wracać...
Na sobie miałam sukienkę.



5 lat później...

- Ciociu, ciociu! - zawołała mała Lila wdrapując się na moje kolana. - Kto to? - zapytała swoim ciekawskim tonem, podkładając mi zdjęcie pod nos.
Wzięłam je do ręki i utkwiłam w nim swój wzrok. Osiemnastoletnia ja spoglądała w kadr z tak szerokim uśmiechem i błyszczącymi oczami, jak tylko można. Moja radość i upojenie pierwszą miłością było tak widoczne na tym letnim obrazku, że wszystko inne zdawało się rozmywać.
Byliśmy wtedy w Monte Carlo z naszymi rodzinami; tą fotografię robił Filip. Staliśmy przy rufie naszego jachtu, obejmował mnie ramionami i całował w skroń. Wiatr rozwiewał nasze ubrania, a lazurowe Morze Liguryjskie stanowiło wspaniałe tło i robiło idealny kontrast do bieli jachtu czy naszych ubrań.
Przyjrzałam mu się uważnie, czas potraktował nas z tą samą łagodnością. Tak mało się zmieniliśmy. Opalona na złoty brąz skóra; szerokie; mocne ramiona i długie ręce; teraz już uhonorowanego tenisisty. I te długie; silne, ale i delikatne palce... Pamiętam jak z zawrotną prędkością poruszały się po klawiaturze komputera, był takim maniakiem elektroniki... I pamiętam jak przesuwały się po moim kręgosłupie tam i z powrotem...
Biały T-Shirt z zadziwiającą łatwością maskował jego umięśniony tors. Pamiętałam ten pierwszy raz, kiedy widziałam go bez koszulki i jak mimowolne westchnięcie zachwytu wydobyło się z moich ust. Nigdy nie był tak wysoki jak chciałam, by mój chłopak był. Nie był nawet w połowie tak wysoki, jak bym tego chciała, ale wtedy nagle to straciło znaczenie. Ale to bynajmniej nie znaczyło, że jego nogi nie były długie, umięśnione i stabilne... Tak, stabilność to coś, co jako sportowiec zawsze w nogach miał. W życiu w pewien sposób też, ale nie tak...
Ta twarz chłopca, bez jednej skazy, te idealnie poczesane włosy, drobny nos, czy miękkie, ciepłe usta... Tak mało się zmienił.
Te ciemne oczy... Nie, one nie zmieniły się ani trochę. One nigdy się nie zmienią.
Jej starsza siostra była równie zaciekawiona. Nie można im było się dziwić. Dla nich ich stara ciotka zawsze była sama.
- To jest mój ukochany przyjaciel.
- Przyjaciel? - zapytała mała. Nie rozumiała jeszcze tego słowa, za to jej siostra usłyszała zmianę w moim głosie, ten głębszy ton charakterystyczny dla słów jakie wypowiada się, kiedy bolesne wspomnienia zabierają nas daleko stąd.
- Bardzo go kocham – powiedziałam, wpatrując się w jego profil. Na tę zmarszczkę wokół oczu, która pojawiała się kiedy na jego twarzy  wykwitał ten szeroki, amerykański uśmiech. Jednak ten ironiczny, pełen wyższości pamiętam równie dobrze. - Bardzo.
- Więc dlaczego? - zapytał Filip oskarżycielskim tonem.
Odwróciłam głowę; stał w drzwiach z rękami założonymi na piersi, był poirytowany. Jego umiejętność bezszelestnego poruszania się wciąż nie zawodziła. Ale czy gdybym wiedziała, że słucha, to odpowiedziałbym inaczej?
Nie.
Myślę, że oboje o tym wiedzieliśmy.
Tania przysiadła na skraju łóżka słuchając uważnie. Wiedziałam, że nigdy nie spodziewała się po mnie takich słów. Takiej rozmowy.
- Bo był bucem i arogantem – odpowiedziałam spokojnie patrząc mu głęboko w oczy. Czas, by zrozumiał, że nie żałuję. Że wiem, że postąpiłam słusznie.
- Ale kochałaś go.
Pokręciłam przecząco głową.
- Wciąż go kocham.
Wiedziałam, że słyszy w moim głosie, że ta miłość nie zmieniła się ani o jotę. A nie mogłam go kochać bardziej, bo od tamtego dnia był daleko od mojego serca. Zakochiwałam się w nim podczas każdego spojrzenia w te ciemne oczy. Każdego. I każdego dnia czekając na niego. Każdego. Nigdy nie kochałam go mniej. Ale już nigdy nie będę kochać go bardziej.
Odwrócił się. Wiedziałam, że był zły. Uważał, że zmarnowałam sobie życie na własne życzenie. Prawda była taka, że nie miało dla niego znaczenia jakiego wyboru dokonałabym tamtego dnia, chciał tylko żebym kogoś przy sobie miała. Teraz nie mam. A on, jako mój jedyny brat, nie może sobie wybaczyć, że jego młodszej siostrzyczce w życiu nie wyszło. Pierścionek na moim serdecznym palcu przypomniał wszystkim jak bardzo.
Wiedziałam, że myślał teraz o tym samym co ja. O tym, że on ma teraz rodzinę i jest tak zakochany w tamtej kobiecie, jak zawsze ja byłam w nim. I jak bardzo go to zmieniło. I że miałam rację, kiedy mówiłam, że nigdy nie będziemy ze sobą naprawdę szczęśliwi. Czas był najlepszym dowodem na to.
- To mnie zawsze zależało bardziej – powiedziałam jeszcze, nim zniknął w korytarzu.

...ALE TY NIGDY SIĘ O TYM NIE DOWIESZ.


KONIEC
płakałam tworząc tę historię

Ten post wspiera akcję:
Jeśli Ci się podobało, proszę, poleć!

blog wspiera akcję:

blog wspiera akcję: