piątek, 26 lipca 2013

"Może nie powinieneś był wracać..."

PEWNEGO DNIA POKOCHASZ TAK BARDZO JAK JA CIEBIE. I PEWNEGO DNIA ZROZUMIESZ JAK WIELE POPEŁNIŁEŚ BŁĘDÓW.
A JA CI WYBACZĘ...


Zabrałam wodę z lodówki i zerknęłam jeszcze czy na blacie nie ma jakiejś poczty dla mnie. Wtedy usłyszałam, że ktoś wyszedł z windy. Przeszłam przez kuchnię i weszłam do holu, a tam stał Filip z jakimś chłopakiem, który miał mniej więcej metr siedemdziesiąt pięć wzrostu – nic, co by mi się podobało. Pewnie kolejny sportowiec. A wtedy się odwrócili i zobaczyłam jego twarz. Moje serce zaczęło bić w tak szybkim tempie, że gdybym była przytomniejsza, to mogłabym zacząć obawiać się o przedwczesny zawał. Butelka niemal wyśliznęła mi się z ręki. Ale byłam wdzięczna, bo choć po raz pierwszy w życiu jakiś chłopak zrobił na mnie piorunujące wrażenie, to nie stanęłam jak wryta, a wciąż do nich podchodziłam.
- Eleno, to David – powiedział wskazując na chłopca. Takie ma imię? Takie, dla takiej twarzy? Nie podoba mi się. - Będę jego agentem przez najbliższe dwa lata. Jest tenisistą.
- Cześć – powiedział.
Poraził mnie jego ton. Zaskoczenie to było jedno, ale on był jedyną osobą, o której mogłabym chcieć by się o mnie starał, a on odrzucił mnie samym powitaniem. To było takie niechętne. Takie pełne wyższości i praktycznie wyplute. I nawet na mnie nie zerknął kiedy to mówił. Zupełnie jakby mnie tam nie było.
- Cześć – prychnęłam.
Filip przyglądał się nam rozbawiony. Powinnam mu nieźle zmyć głowę za to, jak pozwala traktować swoją siostrę.
- Dobrze ci radzę, trzymaj go krótko – rzuciłam i odeszłam w stronę windy.
- Ta sukienka trochę za dużo zakrywa. I do charakterku nie pasuje – usłyszałam.
Odwróciłam się na pięcie i zmierzyłam go nienawistnym spojrzeniem. Zaskakujące, nigdy nie sądziłam, że można być kimś zauroczonym i jednocześnie pałać do niego nienawiścią. Podeszłam do niego tak blisko, że nasze ciała niemal się stykały. Niemal, a moje serce i tak zwariowało jeszcze bardziej.
- Dobrze ci radzę, chłoptasiu, zważaj na słowa. Drugiej szansy nie dostaniesz.
Odwróciłam się na pięcie i nie patrząc na tych dwóch idiotów, weszłam do windy.
Zamknęłam się w swoim pokoju i ekstremalnie wkurzona rzuciłam wodą, ale ta miękko wylądowała na łóżku. Podeszłam do jednej z przeszklonych ścian i wpatrywałam się w zachodzące nad Nowym Jorkiem słońce. Zawsze kiedy podchodziłam do szyb, przypominałam sobie rozmowę rodziców, gdy powiedziałam, że chcę by zamienili się ze mną pokojami.
- Nie ma takiej opcji! Czy ty wiesz jakie to niebezpieczne?
- Niebezpieczne? - wtrącił się Teodor. - Wybacz Konstancjo, ale to hipokryzja, naszym bezpieczeństwem nigdy się nie martwiłaś.
- Ty ją popierasz?
- A dlaczego nie? Chce być otoczona tym widokiem z każdej strony, więc dlaczego nie?
- Nie wiem czy pamiętasz, że jest córką wpływowych ludzi. Masz pojęcie jak łatwym może stać się tutaj celem?
Mama zawsze miała obsesję na punkcie mojego i Filipa bezpieczeństwa.
- To wymieńcie szyby na posiskoodporne? - podsunęłam.
Mama walczyła chwilę ze sobą, jednak odpuściła, a chwilę potem wyszła na zakupy mamrocząc z niezadowoleniem pod nosem.
Ale nie teraz. Teraz stałam pośrodku Wielkiego Jabłka, ochroniona tym pancernym szkłem, niczym wielka i potężna. Teraz nie podziwiałam widoku. Teraz myślałam o tych prawie czarnych, wielkich oczach, pełnych chłodu i wyższości. Ten chłopak był nikim, wszyscy to wiedzieliśmy, ale w jakiś sposób zachowanie dupka uszło mu płazem. Jednak nie to było najgorsze. Najgorsze było to, że choć na samą myśl o nim wzbierał we mnie gniew, to i tak byłam beznadziejnie zauroczona tym, co w sobie miał.
Zwierzęcy magnetyzm.
Zastanawiałam się nad tymi szczegółami jakie utkwiły mi w pamięci: muskularne ramiona, płaski wysportowany brzuch, długie nogi, blada skóra, smukła szyja, nienaganny, choć młodzieżowy strój, twarda jak stal łydka, długie ręce, na których było widać wszystkie ścięgna i te dłonie... Sprawiały wrażenie, że potrafiłby złamać stal. I te długie palce... Zadrżałam.
Ale to wszystko, cała ta fizyczność nie miała znaczenia, kiedy widziałam tą tak chłopięcą twarz i zimne spojrzenie dorosłego człowieka. Był taki odpychający, taki irytujący, ale przyciągał mnie. Sprawiał, że chciałam znać go lepiej, że chciałam być jeszcze bliżej. Chciałam zatopić się w tych ciemnych, wrogich oczach.

*

- Widzę, że twój nowy przyjaciel nie dotrzymuje ci towarzystwa. Świetnie!
Muszę tylko przymknąć oko na to, że śnił mi się całą noc.
- Kręci cię.
Łyżka z płatkami zatrzymała się w połowie drogi do ust. A mój bezczelny brat miał niezły ubaw.
Skąd wiesz? - chciałam zapytać, ale przecież jak nisko bym upadła, gdybym powiedziała, że umieram z zachwytu na samą myśl o jednym chłopaku, który nie zwraca na mnie uwagi.
- Chyba śnisz. I ostrzegam cię, nie będę więcej tolerować jego chamstwa. Zapomnij.
- To super, bo zaraz tu będzie.
Cholera.
Piętnaście minut później, siedząc na kanapie i skacząc po kanałach, usłyszałam ten irytujący, tak męski głos.
A moje serce znów zaczynało szaleć...
- Niezłe nogi – usłyszałam bezczelny przytyk Davida.
Moje biedne serduszko...
Wstałam szybko i zmierzyłam go nienawistnym spojrzeniem. Boże, jakiż był przystojny.
Zlustrował mnie od stóp do głów.
- Teraz dużo lepiej. Widzę, że posłuchałaś mojej rady.
I tu mnie zagiął. Rzeczywiście byłam ubrana inaczej niż wczoraj. Właściwie zupełnie inaczej, to chyba nawet jedyne dżinsowe szorty jakie miałam w swojej garderobie. Ale czy podświadomie ubrałam je z jego powodu?
Rozjuszona wyszłam z pokoju. Gdyby były tutaj drzwi, na pewno bym nimi trzasnęła.
Z dużą irytacją odkryłam jak wygodny był strój, który na sobie miałam. Japonki, szorty i T-Shirt jak się okazało nie tylko niebanalnie na mnie wyglądały, ale były też super wygodne. To wcale nie poprawiło mi humoru.
Ani spacer.

*

- Widzę, że zakupy nie poprawiły ci humoru. Gdybym nie był twoim bratem, to powiedziałbym ci, że powinnaś dać ujście swoim hormonom, bo buzują w tobie już trzeci dzień. Strach pomyśleć, co będzie jak w końcu wybuchniesz...
- Ale jesteś moim bratem – syknęłam.
- Dlatego zapytam, co kupiłaś? – zripostował z szelmowskim uśmiechem. - Dżinsowe szorty?
Moja szczęka powędrowała w dół.
- Nienawidzę cię!
Wychodząc z garażu słyszałam jeszcze jak zanosi się śmiechem.
Dupek.

*

- Ile on tak właściwie ma lat?
- Jest bardzo przystojny...
- Pytałam, ile ma lat? - wycedziłam.
- Chyba powinienem zabronić wam się spotykać... – zaczął zastanawiać się na głos, drapiąc się po brodzie.
- Powiesz mi, do cholery, ile ma lat?
- Ale wyraźnie do siebie pasujecie...
- Jesteś niemożliwy! - zeskoczyłam ze stołka i poszłam jak najdalej od tego przebrzydłego typa.
- Osiemnaście! – zawołał.
A więc tyle ile ja...

*

- Jak widać na stałe przerzuciłaś się na szorty. – Usłyszałam głos tego szmaciarza. Przez cały tydzień udawało mi się na niego nie wpadać, aż do teraz.
Czy to możliwe, że wyprzystojniał jeszcze bardziej?
- Jeśli masz z tym jakiś problem to wyjdź.
- Czy wyglądam jakbym miał? - zapytał z kpiarskim uśmiechem.
- Zresztą nieważne. Ja wychodzę – powiedziałam, jakby miało to jakieś znaczenie.
- Podwieźć cię?
Co?
- Mam szofera.
- Kiedy przed chwilą go spotkałem, jechał na stację benzynową.
Założyłam ręce na piersi.
- Poczekam.
- Daj spokój. Chodź, przejedziemy się – powiedział i otworzył windę.
Co ja tu do cholery robię? - pomyślałam wsiadając do białego, sportowego Audi.
- Gdzie?
To było jedyne słowo jakie wypowiedział. Czas nauczyć go grzeczności.
- Czy nie powinieneś być na kortach i ćwiczyć? - zapytałam zjadliwie.
- Właśnie się tam wybieram. Możesz jechać ze mną.
- To nawet nie taki zły pomysł... – Zobaczymy, co pan Jestem Lepszy Niż Ty potrafi. A pewnie niewiele. - Wiec po co przyjechałeś do mojego domu?
- Filip prosił żebym sprawdził czy czegoś nie potrzebujesz.
- Chyba żartujesz. - To idiotyczne!
- A wyglądam? – zapytał patrząc na mnie.
I, cholera, nie, bo on zawsze wyglądał śmiertelnie poważnie. Dlatego każda kpina w jego głosie, była tak przejmująca, bo jego oczy dodawały temu takiej mocy, jakby to była obelga.
Był dobry, za dobry. A Filip widział moją irytację, za każdym razem kiedy imponował talentem. I chwała Bogu, że widział tylko to. Bo kiedy zmieniał koszulkę, moje ciało aż pulsowało, od obcego do tej pory pragnienia. Skończyło się to tak, że weszłam do hali i poszłam grać w squasha, uderzając rakietą w piłeczkę, z taką siłą, że powinna była się rozpaść.
Najgorzej jednak było kiedy poszłam pod prysznic. Ten sposób w jaki moje nagie ciało reagowało na myśl, że on jest gdzieś niedaleko... A przecież od samego wspomnienia jego oczu płonęłam.

*

Siedziałam nad swoim szkicownikiem i poprawiałam właśnie jeden z dwóch karniszy.
- Niezła kreska – usłyszałam głos i poczułam jego obecność. Pochylał się nad moimi plecami i zaglądał przez ramię na projekt.
Te oszałamiające perfumy... Najpiękniejszy zapach z jakim kiedykolwiek się spotkałam.
Podniosłam głowę i zamarłam. Nie śmiałam się odezwać, mój głos byłby zbyt roztrzęsiony.
Powinnaś była siedzieć w pokoju! - krzyknęłam w myślach na samą siebie.
- Filip mówił, że projektujesz wnętrza... - Po jaką cholerę mu to powiedział? - Podobno masz talent. - Nie słychać było, by podzielał tą opinię. - I obiło mi się o uszy, że masz jutro urodziny.
Czy moje serce właśnie przestało bić?
- Jutro – powtórzyłam zbita z tropu, bo chyba sam nie usłyszał, że to powiedział.
- To powiedziałem. - Jaki on był zimny. Aż dreszcz przechodził po plecach.
A mnie i tak było gorąco.
- Chce cię gdzieś zabrać. - To nie było pytanie, a nawet gdyby było...
Zamknęłam oczy.
- Nie stać cię.
Pod moimi powiekami zbierały się łzy. On mnie nie chce – powtarzałam sobie. On mnie nie chce.
- Po prostu chodź.
Miałam ochotę się rozpłakać. Moje własne słowa zabolały mnie bardziej niż jego. Nie dotknęły go ani trochę.
Ale poszłam z nim. Nie odezwał się ani razu przez cała drogę. I ja też tego nie zrobiłam. Dopóki nie zobaczyłam gdzie jesteśmy. Przywiózł mnie do centrum sportów ekstremalnych. Obszedł samochód i kolejny raz udowodnił mi, że choć jest bezczelny, to wie jak być doskonale wychowanym. A po tym jak podał mi rękę bym wyszła z samochodu, nie puścił jej, tylko poprowadził do środka.
- Co my tu robimy?
- Zobaczysz – odpowiedział swoim normalnym tonem, takim, z którego nic nie dało się odczytać.
Czułam się jakby ktoś oderwał mój mózg od reszty ciała. Przyglądałam się wszystkiemu niezmiernie zdumiona, że ma to dotyczyć nas. I wróciłam do siebie dopiero w samolocie, kiedy uświadomiłam sobie, że przylega do mnie całym ciałem i oboje jesteśmy do siebie poprzypinani.
- Skaczemy – powiedział.
Moje serce wariowało, ale nie ze strachu przed lotem ze spadochronem, a przez to, że on obejmuje mnie ramionami; przez to, że czuję upajający zapach jego perfum i jego ciało na swoim.
- Podoba ci się? – usłyszałam, jak wykrzykuje pytanie.
Podobało. Lot tak. Cała reszta... Nie odpowiedziałam, bo i nie znalazłam słów, które by to opisywały.
Stałam pośrodku wielkiego pola, które przypominało trochę golfowe. Wpatrywałam się w przestrzeń, a on był gdzieś za mną i zbierał spadochron. Gdybym była tu sama - płakałabym, ale nie byłam. I te wszystkie emocje kłębiły się w moim wnętrzu - rozrywając mnie od środka, bo nie mogły wydostać się na zewnątrz. Nawet krzykiem. Bo nie byłam tak spokojna od momentu, w którym po raz pierwszy go zobaczyłam.
Poczułam, że stanął za mną. Odwróciłam się powoli i spojrzałam mu w oczy. Były nieprzeniknione, tak jak jego wyraz twarzy. Zawsze taki był.
I nim zdążyłam to zauważyć, chwycił mój policzek i pocałował mnie namiętnie. Po raz pierwszy mogłam dotknąć jego twarzy i poczuć, że jest dokładnie tak nieskazitelna, jak wygląda. Przyciągnęłam go do siebie i oddałam mu pocałunek, i jeśli to miało spalić za mną wszystkie mosty, to przynajmniej będę wiedzieć, czego żałować. Jedną dłoń trzymałam na jego karku, a drugą wplotłam w jego cudownie miękkie włosy. Warknął jakby był zły, że śmiem niszczyć jego idealnie ułożoną fryzurę, a potem jego pocałunki stały się jeszcze bardziej gorące, wręcz dzikie.
Moje ciało już nie płonęło. Ono się spalało.
Jego silne ramiona trzymały mnie mocno, bym nie upadła od ilości rozkosznych doznań. Był tylko jeden ból. On wciąż był zbyt daleko.
Powoli przerwał pocałunek i patrzył mi w oczy. Nie wiem, co w nich znalazł. Jedyne co wiem, to to, że te jego były teraz czarne jak węgiel.
Wziął mnie za rękę, chwycił spakowany spadochron i poprowadził z powrotem.
- Naprawdę lepiej wyglądasz w tych szortach – zauważył, kiedy przechodziliśmy przez drzwi windy.
- Widzę, że nienawiść kwitnie – zakpił Filip.
- Uważaj, bo powiem mu jak mówiłeś o nim, że jest przystojny – ostrzegłam.
David parsknął śmiechem. Moje serduszko zatrzepotało na ten dźwięk. Po raz pierwszy słyszałam jak się śmieje. Po raz pierwszy widziałam, że to jest bezinteresowne i szczere.
Pocałował mnie w skroń, a potem pożegnał się i wyszedł.

*

- Twój tatuś już skończył imprezę urodzinową swojej kochanej córeczki? – zakpił.
Siedział na moim łóżku i obracał czerwoną różę w swoich długich palcach. To jak seksownie wyglądał, w nikłym świetle rzucanym przez malutkie lampki, było niemożliwe do opisania. Naprawdę, naprawdę musiałam się skupić nie tylko na tym, by moje myśli nie pogalopowały przed siebie, ale też by się na niego nie rzucić.
- Co tu robisz? – wykrztusiłam, podchodząc bliżej. Nie wiedziałam jak mam się zachować.
- Udało mi się zdążyć na twoje urodziny – ton miał lekki, ale wpatrywał się w kwiat, gdy to mówił. A potem podniósł głowę i spojrzał na mnie. - Masz na sobie sukienkę.
Jego spojrzenie jeszcze nigdy nie było tak intensywne.
Miał rację - miałam sukienkę. Ale nigdy wcześniej nie czułam się w nich tak źle. Naprawdę pokochałam szorty i T-Shirty. Dzięki niemu. Ale teraz, teraz czułam się jakbym nie miała na sobie zupełnie niczego.
Podniósł się i podał mi kwiat. Nic nie mówił, tylko wpatrywał się w moje oczy. Dotykał mojej duszy. Wyciągnęłam rękę by złapać podarunek, ale przeleciał mi przez palce, kując delikatnie. Długa, czerwona róża upadła na kremowy dywan.
Wtedy zerwała się tama.
Jednocześnie wpiliśmy się w swoje usta. Obiema rękoma przyciągnęłam go do siebie, a on zaczął prowadzić mnie do ściany, która była dopiero po przeciwnej stronie pokoju. Jęknęłam z rozpaczy, moje łóżko jest tam, chciałam powiedzieć, ale nie byłam w stanie. Wtedy podniósł mnie i oplótł sobie moje nogi wokół bioder, a potem poczułam jak dotykam odsłoniętymi plecami zimnej ściany. To pobudziło moje ciało jeszcze bardziej, a z gardła wydobył się niekontrolowany jęk. Błądził ustami po mojej szyi; dekolcie; łopatkach; topił ręce w moich włosach, a ja niemal nieprzytomna odpinałam guziki jego koszuli.
Jego uroda była wręcz nie do zniesienia. Był zbyt idealny. Zbyt przystojny. Zbyt pociągający.
Zbyt uzależniający.

*

- Chcesz zrobić sobie tatuaż? – zapytał, kiedy przekraczaliśmy próg salonu.
- Masz z tym jakiś problem?
- Nie mam. Bardzo mi się ten pomysł podoba – powiedział tonem, od którego wszystko we mnie aż pulsowało. Najbardziej nieudolnie, ale jednak, kojarzyło mi się to z pomrukiem i warknięciem jednocześnie. Natomiast na jego zwykły głos reagowałam dreszczami na całym ciele.
Parę dni później umierałam z rozkoszy, kiedy całował moje lewe przedramię, na którym frunęły ptaki. Symbol wolności absolutnej. Coś, co czułam tylko przy nim. Choć, paradoksalnie, nikt nie zniewalał mnie tak, jak on.

*

- Nie zauważyłaś jaka stałaś się przy nim zimna, sarkastyczna, taka... snobistyczna? Nie byłaś taka – powiedziała mama siadając na moim łóżku, zajadała się babeczką z owocami. To była kolejna z tych irytujących rozmów.
- To, co mówisz, jest śmieszne – powiedziałam szczotkując swoje długie, sięgające niemal pośladków, kręcone włosy. - Mam pieniądze. Nieważne jaka jestem.
- Co proszę?
- Dobrze wiesz – powiedziałam, odwracając się na krześle i patrząc na nią. - Nieważne jaka jestem. Dla ludzi najważniejsze są moje pieniądze. I nieważne jaka będę – one załatwią więcej niż piękny uśmiech. I więcej niż taki naprawią.
- Ten chłopak...
- Tak, wiem. Powtarzasz mi to na każdym kroku.
- A ty i tak nie słuchasz!
Od miesięcy powtarzała mi jak bardzo on mnie zmienił i jak bardzo nie jest dla mnie. Wiedziałam, że miała rację. Kiedyś sama bym tak uważała. Kiedyś wolałam innych chłopców. Ale on był niepowtarzalny. Zupełnie jakby był mroczny i niebezpieczny – właśnie tak odbierałam go od samego początku i po niemal półtora roku, to nie zmieniło się ani trochę. Przyciągał mnie, kusił, czarował, zmysłowo szeptał... A ja to kochałam.
- I nie posłucham – powiedziałam i wyszłam z pokoju zostawiając ją samą.

*

Zastanawiałam się czy wiedział, że dwa lata temu spotkaliśmy się po raz pierwszy. Teraz wyjechał, ale na pewno zjawi się na moje urodziny. Nie wiem tylko dlaczego od wczoraj nie odbiera telefonu. Filip też nie mógł się dodzwonić. Chciał zaprosić go na swój ślub, bo choć współpracę zakończyli w zeszłym tygodniu, to byli przyjaciółmi.
Uśmiechnęłam się szeroko na wspomnienie naszego ostatniego wypadu. Było tak wspaniale – jak zwykle. Spontanicznie, trochę niebezpiecznie, namiętnie... Moja wielka, jedyna miłość.
Potrzebowałam go mieć przy sobie. I miałabym, gdyby nie studia z architektury.
A on błyszczał na korcie.



15 lat później

Spoglądałam w lustro. Był 31 lipca, ostatni dzień mojego panieństwa. W dniu swoich urodzin z pani Douglas stanę się panią Hektor. Zerknęłam na zegar. Obiecałam doglądać przygotowań. Moja mama zawsze marzyła o ślubie z wielką pompą dla swojej córki. I o ile nie chodziło o ilość gości zbliżoną do dwóch tysięcy, to o rozmach otaczającego miejsca – wielkie pole, niczym do golfa; okrągłe stoły przyozdabiane tysiącami kwiatów; orkiestra na wielkim podium do tańca; godzinami trwająca zabawa; usłana płatkami białych róż droga do łuku ślubnego. I tak dalej, i tak dalej... Kiedyś mi się to podobało, kiedyś marzyłam o tym dniu waśnie w taki sposób. Teraz wystarczyłaby plaża, nas dwoje i kapłan.
Spojrzałam w lustro raz jeszcze i ostatni raz przeczesałam swoje włosy Tangle Teezer. Odłożyłam szczotkę na toaletkę, kiedy poczułam na odkrytym ramieniu muśnięcie ust. Uśmiechnęłam się delikatnie i przez lustro spoglądałam na niego. Pochylał się nade mną i składał delikatne pocałunki na mojej ręce, sunąc nosem coraz bardziej w górę, by w końcu odgarnąć moje włosy i założyć je na moje lewe ramię. Odchyliłam głowę w bok, a on zaczął całować moją szyję. Przygryzłam wargę, starając się ukryć rozbawianie, jednak kiedy oplótł mnie ramionami - parsknęłam śmiechem.
Urażony zastygł w bezruchu, a ja wstałam i odwróciłam się do niego. Wyciągnęłam ręce w górę by dosięgnąć jego krawatu i zaczęłam go wiązać. Był tak wysoki, że nawet by wykonać tę prostą czynność, musiałam zadzierać głowę.
- Jak stąd wyjdziesz to do jutra cię nie zobaczę – burknął.
- Wiem Jazz, przepraszam.
- Nie przepraszaj. Oboje się na to zgodziliśmy.
- Nie do końca – wypomniałam mu, zwracając jego uwagę na oczywiste fakty.
Westchnęliśmy jednocześnie. Moja matka potrafiła owinąć go sobie wokół palca lepiej niż ktokolwiek inny. Lepiej niż ja! A wszyscy dostrzegamy, że świata poza mną nie widzi.
- Nie ma sposobu, żebym cię jeszcze zobaczył?
- Nie ma.
- Żadnego?
- Żadnego. Spotkamy się jutro. Na pewno poznasz mojego tatę, często widujesz go w garniturze.
- Coś w tym jest. Ty tak rzadko chodzisz w sukienkach, że naprawdę mogę cię nie poznać.
- Ale chodzę w bieli – zauważyłam i przyciągnęłam węzeł. Wygładziłam krawat i zadarłam głowę jeszcze wyżej.
- Czyli naprawdę się już nie zobaczymy?
- Naprawdę. - Dla mnie to było równie idiotyczne jak dla niego. - Gdybyśmy się zobaczyli, to tylko z jednego powodu. Przyszłabym odwołać ślub – mówiłam poważnie, jednak nie brałam tego ani trochę na serio.
Pocałował mnie namiętnie słysząc to, a kiedy oddałam pocałunek, wyraźnie się uspokoił. Pocałował mnie jeszcze w czoło i wyszedł z apartamentu.
Zabrałam torebkę, ubrałam swoje czarne Louboutiny i wyszłam z apartamentu. Parkingowy natychmiast podstawił moje białe Audi, a gdy tylko do niego weszłam, otworzyłam dach i pomknęłam przez słoneczne Los Angeles.
Właśnie. Słoneczne.
Mama musiała mieć pewność, że warunki atmosferyczne w żadnym razie nie przeszkodzą w ceremonii. I o ile spodziewałam się, że uroczystość nie odbędzie się w Nowym Jorku, o tyle nawet w najgorszych snach nie sądziłam, że kiedy już wyląduję w mieście, w którym mam dom, będę mogła spać tam tylko ostatnią noc przed ślubem. Nie, bo nie wypada żebym mieszkała z Jasperem w moim domu przed ślubem. „Zamieszkacie w hotelu.” Prychnęłam.
Wstąpiłam po drodze do Sephory po nową butelkę perfum, a stamtąd prosto do Museum J. Paula Getty'ego, gdzie od dwóch dni trwają przygotowania. I pomijając ilość ochrony jaka tam teraz jest, to trzeba jeszcze wspomnieć o kosztach tego pomysłu, gdyż muzeum będzie zamknięte dla turystów przez całą niedzielę. A to naprawdę kosztowny pomysł.
Mama.
Zaparkowałam na zarezerwowanym miejscu, a ochrona otoczyła mnie ze wszystkich stron. Ostatnie czego teraz pragnęłam to paparazzi. Weszłam do ogrodu i ze szczytu białych schodów podziwiałam krzątających się we wszystkich kierunkach ludzi, depczących ten piękny, zielony dywan. W Kalifornii wszystkie kolory wydawały się takie nasycone... I to suche powietrze, uwielbiałam je, bo w przeciwieństwie do duchoty Nowego Jorku, to było wręcz orzeźwiające. Nim zdążyłam zejść, u mojego boku pojawił się jakiś chłopak, który pewnie jeszcze nie skończył liceum, ale już musiał oszczędzać na studia.
- Czy panienka chciałaby się czegoś napić? – zapytał, nie patrząc mi w oczy. A ja już wiedziałam, że został gruntownie przeszkolony, łącznie z odległością na jaką może się do mnie zbliżyć.
- Spójrz na mnie – powiedziałam spokojnie. Chłopak zawahał się, ale spojrzał mi w oczy. - Na stoliku jest mnóstwo różnych napojów. Podejdę tam i sama sobie wybiorę ten, którego chciałabym się napić. - Chłopak skurczył się w sobie. - Zapłacę ci 200$, jeśli obiecasz mi, że już więcej nie podejdziesz z usłużną chęcią pomocy.
- Ale ja nie...
- Albo weźmiesz albo cię zwolnię – powiedziałam wyciągając z tylnej kieszeni szortów dwa zwinięte stu dolarowe banknoty.
Zdumiony wybełkotał podziękowanie i potykając się zniknął mi oczu.
Podeszłam do dyrygującej wszystkimi mamy. Zmierzyła mnie krytycznym wzrokiem i zacmokała znacząco.
Wywróciłam oczami.
- Mam nadzieję, że małżeństwo poprawi twój gust.
Prychnęłam. Zachowywała się idiotycznie. Odnosiłam nawet wrażenie, że nie widziałaby różnicy w moich ubraniach, gdybym założyła rzeczy z bazaru. Dla niej moje upodobanie do dżinsowych szortów, białych T-Shirtów, a do tego szpilek było złem ostatecznym. To, że wszystko co mam na sobie jest warte co najmniej tyle ile wynosi średni zarobek Amerykanina, nie miało żadnego znaczenia. A zacznę ubierać się tak jak ona sobie wyobraża, za co najmniej pięć lat. Naprawdę, do tej pory, nie mam nic do zakrycia.
- Znamy się z Jazzem od roku i jakoś nigdy nie przeszkadzało mu to, jak się ubieram.
- Bo najwidoczniej nie wie, że możesz wyglądać lepiej.
- Nie wiesz, co mówisz.
- Wyglądasz jakbyś ciągle kochała tego...
- Przestań! - syknęłam i odwróciłam się na pięcie.
Nalałam sobie sok, a potem, starając się unikać mamy, krążyłam wśród organizatorów, pytając o drobiazgi, które tak naprawdę nie miały dla mnie żadnego znaczenia.
Kiedy dwie godziny później mogłam uciec do swojej posiadłości, nareszcie miałam czas by się odprężyć. Rzuciłam kluczyki z samochodu i przeszłam się po domu. Ostatni raz byłam tu przed poznaniem Jaspera, a więc ponad rok temu. Miałam ochotę popływać, więc wyciągnęłam z szafy kostium kąpielowy i zawiązałam jedwabne pareo. Zeszłam na parter i usłyszałam nieoczekiwany dzwonek do drzwi. Zaintrygowana podeszłam do furtki. A potem przez kraty zobaczyłam kto stoi po jej drugiej stronie. Źrenice rozszerzyły się z zaskoczenia i przerażenia, dreszcz przebiegł po kręgosłupie, a krew zaczęła krążyć w moich żyłach z zawrotną prędkością.
- Wpuść mnie – szepnął.
Moje serduszko rozpadło się na miliardy kawałeczków, kiedy zdałam sobie sprawę, że podświadomie spełniam jego rozkaz. Przeszedł przez furtkę, zamknął ją i spróbował chwycić moje ramiona, ale ja tylko odsuwałam się od niego. Odsuwałam i odsuwałam, a on szedł za mną - dopóki nie dobiłam do ściany swojego domu.
- Nie uciekaj – powiedział opierając ręce po obu stronach mojej głowy.
Ta twarz... Te włosy... Te usta... Te oczy...
Ten ton...
Ten sposób bycia.
- Wynoś się stąd! - wykrztusiłam.
- Przecież tego nie chcesz – powiedział muskając nosem mój policzek. - Widzę jak na mnie reagujesz.
- David, - Jego imię przechodząc przez moje gardło raniło niczym kanciasty przedmiot. - wynoś się stąd – powiedziałam zachrypłym z emocji głosem. Powinnam być stanowcza, a niemal szeptałam.
- Nie możesz wyjść za tego biurokratycznego chłoptasia. On nie jest dla ciebie.
Jego słowa zrobiły na mnie jeszcze większe wrażenie niż jego pojawienie się. Wszystko we mnie wrzało, ale kiedy dotknęłam jego klatki piersiowej by go od siebie odepchnąć, czułam jak moje serce pęka - znowu i znowu.
- Jak śmiesz? - krzyknęłam. - Jak śmiesz mówić mi z kim mogę się zadawać, a z kim nie? Jak śmiesz mówić mi, czego chcę? Jak śmiesz? Wynoś się stąd! - Zrobił pół kroku w tył, zaskoczony moim wybuchem. To pokazało mi, że przez cały ten czas wcale o mnie nie myślał. Gdyby tak było - pamiętałby, że tak wybuchowe relacje mieliśmy na początku. A w pewien sposób, że byliśmy tacy zawsze. - Wynoś się, bo dzwonię po ochronę, wynoś się!
A ten drań mnie pocałował. Wpił się w moje usta, jakby robił to każdego dnia. A jedyne co w obronie zrobiło moje ciało, to oparło ręce na jego piersi. I oddawało mu każdy, każdy pocałunek. A po moich policzkach spływały wodospady łez. To była największa tortura z jaką kiedykolwiek się spotkałam. Bo chciałam wierzyć, że to coś znaczyło. Chciałam tylko w to wierzyć, a nie potrafiłam nawet tego. Całowałam człowieka, który był mi obcy od zawsze. Ale zdobyłam tą wiedzę dopiero teraz.
Odsunął się i chwycił moją twarz w swoje dłonie. Łzy nie przeszkadzały mi dostrzec, że jego oczy nie zmieniły się nic a nic. Ale dopiero teraz było w nich coś, co mnie odpychało – były obce. Dopiero teraz dostrzegałam, że dla mnie zawsze takie były.
- Wynoś się.
Ściągnął jedną dłoń z mojej twarzy i chwycił nią moją rękę, w miejscu, w którym miałam tatuaż. Jego kciuk gładził go delikatnie, a ja cała drżałam.
- Kochasz mnie.
Wtedy się rozsypałam.

- Kocham. Zawsze kochałam. Każdego dnia bardziej, przez siedemnaście lat. A ty mnie zostawiłeś. Zniknąłeś. I teraz się zjawiasz, teraz kiedy obiecałam ułożyć sobie życie. Na dzień przed moim ślubem. - Zamilkłam na chwilę. - To trochę za późno – zakpiłam, bardzo w jego stylu.
- Jeśli się kogoś kocha, to nigdy nie jest za późno. - To nie było ani trochę w jego stylu. Wiedziałabym to nawet gdyby byłoby to pierwsze zdanie, jakie bym od niego usłyszała.
- Gdybyś mnie kochał przyszedłbyś wcześniej. Miałeś piętnaście lat żeby się zjawić. Tyle na ciebie czekałam, wiesz o tym? Piętnaście. - Zamilkłam i znów zmieniłam ton. - Jednak muszę przyznać, że jestem zaskoczona. Z twoim mniemaniem o sobie, aż dziw, że nie wtargnąłeś na uroczystość. Czego oczekujesz? Że zostawię Jaspera dla ciebie? Dla ciebie? - zakpiłam.
Coś we mnie szarpało się, raniło, płakało i krzyczało o pomoc.
- Właśnie tego – wyszeptał, a mnie owionął jego miętowy oddech. Dokładnie taki, jak zapamiętałam.
- Zawsze byłeś arogancki. Ale teraz jesteś bezczelny. A my już nigdy nie będziemy razem. Bo i nigdy do siebie nie pasowaliśmy. Wynoś się stąd. I nigdy więcej mnie nie szukaj – wycedziłam. - Wynoś się.
Odwróciłam się na pięcie i trzaskając drzwiami, zamknęłam się w swoim domu.
Kiedy przestałam płakać uświadomiłam sobie, że jest już późne popołudnie. Pozbierałam się z podłogi, poszłam do garderoby i włożyłam na siebie pierwsze rzeczy z brzegu. Jadąc do hotelu poruszałam się jak automat. Byłam zupełnie nieświadoma ruchów jakie wykonuję, samochodów czy ludzi, którzy mnie otaczają. Wysiadłam ze swojego Audi i rzuciłam kluczyki nawet nie patrząc czy chłopak je złapał.
- Klucz – powiedziałam przy kontuarze nieznoszącym sprzeciwu głosem.
Bałam się dopiero kiedy nacisnęłam klamkę.
Rozmawiał z kimś przez telefon choć właśnie miał iść na siłownię. Chyba nieświadomy tego, co robił, widząc mnie wyłączył telefon i rzucił nim na najbliższy blat. Byłam coraz bliżej niego. Serce waliło mi jak młotem, ale twarz musiałam mieć poszarzałą ze zmęczenia i niedotlenienia. Jakoś od kilku godzin miałam poważne problemy z oddychaniem.
- Żartujesz – wykrztusił.
- Przepraszam – szepnęłam.
- Ale... O co chodzi. Co się stało, maleństwo?
Wziął mnie w ramiona, a potem chwycił mój podbródek bym spojrzała na niego. Nie opierałam się.
- Powiedz mi.
- Kocham cię – szepnęłam z pasją.
- Wiem, maleństwo – szepnął ciepło. - Więc o co chodzi?
Przełknęłam ślinę, szukając w sobie siły, której nigdy nie miałam.
Wziął mnie na ręce, zaniósł na kanapę i usadził na swoich kolanach.
- Jesteś najlepszym co mi się w życiu przytrafiło – wyszeptałam. Jak to możliwe, że jeszcze nie płakałam? - Najlepszym!
- Co ty pleciesz? - zbeształ mnie jak małe, niesforne dziecko.
- I dlatego nie mogę za ciebie wyjść.
Miałam ochotę wyskoczyć z okna za samo to, co widziałam w jego oczach.
Co ja zrobiłam?
- Ten dzień, w którym się poznaliśmy. Od razu przypadliśmy sobie do gustu, prawda? Byłeś idealny. Idealny! Ciepły, opiekuńczy, stały. Taki oddany, spokojny, zabawny. Troskliwy, romantyczny i ujmujący. Kocham w tobie każdą z tych cech – razem i osobno. A także każdą, której nie wymieniłam. Każdą! - Zmieniłam pozycję tak, by klęczeć na jego kolanach. Drżącymi rękami dotknęłam jego policzka; jutrzejszego ranka będzie delikatnie drapać... - Nie zasługuję na ciebie – powiedziałam łamiącym się głosem.
Co ja zrobiłam?
- Co ty wygadujesz?
- Nigdy – przerwałam mu gwałtownie, nim zdążył powiedzieć cokolwiek więcej.
Tak bardzo go potrzebowałam, że wiedziałam, że to co robię, to porywanie się z motyką na słońce. Tak niewiele brakowało bym straciła całą silną wolę i błagała, by zapomniał o wszystkim, co powiedziałam. By wszystko mogło być dobrze.
Co ja zrobiłam?
- Błagam, nie myśl, że odeszłam od ciebie, bo cię nie kochałam. Kocham cię aż nadto, gdyby tylko ta miłość coś znaczyła...
- Co?
- Wypowiedzenie pewnych słów dzisiaj uświadomiło mi, że wmawiałam sobie, że kocham cię najbardziej na świecie. A to nie prawda. Tłumiłam w sobie tamtą miłość przez piętnaście lat, ale ona wróciła, uświadamiając mi, że gram nieczysto. Widzisz...
Zapatrzyłam się w okno, by zebrać swoje myśli i nadać im jakieś słowa. Płacz był łatwiejszy. Płacz nie wymaga słów. Płacz to spowiedź przed samym sobą.
- Widzisz, kochanie innego nie sprawiło, że kocham cię mniej, przez niego, a raczej dzięki niemu. On w zupełnie chory sposób zawsze będzie o dwa kroki przed tobą. Kocham cię najbardziej na świecie, a jednak siłą jakiej nie potrafię wytłumaczyć, jego bardziej.
Oboje milczeliśmy przez jakiś czas.
- Zrozumiałam, że spędziłam połowę życia kochając tego człowieka i każdego dnia nie kochałam go mniej, a mocniej. Do dzisiaj.
Chwycił moją twarz w swoje duże dłonie i odwrócił ją tak, bym nie uciekła jego spojrzeniu.
- Więc dlaczego? Więc dlaczego nie chcesz dać nam szansy, właśnie teraz.
- Bo choć tego pierwszego dnia wiedziałam, że się zakocham, że będę cię kochać, to zawsze porównywałam cię z nim. Tamtego dnia robiłam to najbardziej świadomie. Ale kiedy pocałowałeś mnie w czoło na pożegnanie, przyrzekłam sobie, że nigdy więcej was nie porównam. I nie robiłam tego. Nie świadomie. Bo jego obecność otacza mnie z każdej strony. Zawsze kochałam cię tak szczerze, jak tylko mogłam; zawsze tak mocno, jak mogłam. Ale tak kocham ciebie. Jego kocham mocniej. Nie potrafię się z tego wyleczyć. Zawsze będę go kochać tak, jak dzisiaj.
- Dlaczego jesteś taka pewna, że ci nie przejdzie? - To nie był przekorny ton Davida, to nie była ta pewność swego, ale on nie potrzebował tego by wszystko osiągnąć.
I miał wszystko, i był wszystkim innym, ale nie nim.
On się o mnie martwił.
Dobry, opiekuńczy, troskliwy, kochany, ciepły... Jak zawsze.
Co ja zrobiłam?
- Bo w tobie zakochiwałam się przez miesiąc. Sekunda po sekundzie, od tamtego pierwszego spotkania.
- To mało?
- W nim przez siedemnaście lat.
- Ale...
- Byliśmy parą tylko dwa lata... A potem piętnaście lat, sekunda po sekundzie... Tyle z tym walczyłam... I tyle samo razy przegrałam.
- Dlaczego pozwalasz mu, by wszedł między nas?
- Bo cię kocham. A ty zasługujesz na to, by ktoś kochał cię tak bardzo, jak ty mnie.
- Dlaczego jesteś tak pewna, że nauczę się żyć bez ciebie? – powiedział, powoli spuszczając ręce. Godził się z losem.
- Bo sposób w jaki się kochaliśmy zawsze był zdrowy. Czysty. Naturalny i odurzający. Jego kocham jak narkotyk. Ta miłość mnie nie upajała, ona mnie mamiła. I choć to wiem, i choć kocham ciebie, jego wciąż kocham.
Wstałam z jego kolan. On nawet nie drgnął. Walczył ze swoim dramatem. A ja to wszystko widziałam w jego oczach. I wszystko to rozumiałam. Choć mnie nigdy nikt z miłości nie zostawił.
Może nie powinieneś był wracać...
- Przepraszam. Nigdy na ciebie nie zasługiwałam. Przepraszam, że przyznałam się do tego dopiero teraz, a nie w dniu, w którym zaprosiłeś mnie na pierwszą randkę. Przepraszam.
- Odejdziesz do niego? - Teraz patrzył mi w oczy, ale nie było tam cienia oskarżenia czy zazdrości. Był tylko ogromny smutek złamanego serca.
Ściągnęłam malutki srebrny pierścionek z serduszkiem i grawerem, jakim mi się oświadczył. Był taki piękny. Mały, prosty, tani... Dokładnie o takim marzyłam. Położyłam go na środku prawej dłoni i otworzyłam pięść przed nim, by go zabrał.
Może nie powinieneś był wracać...
- On nigdy nie był dla mnie. To zawsze była tylko moja miłość. Zły wybór, od którego nie ucieknę.
Wciąż czekałam, aż zabierze pierścionek.
- Zachowaj go – poprosił. Nic więcej nie powiedział.
Nie potrafiłam wydobyć z siebie słowa. Miałam tylko nadzieję, że zobaczy w moich oczach tę bezgraniczną wdzięczność.
Podeszłam do niego i pochyliłam się delikatnie.
- Przepraszam – szepnęłam całując go w skroń.
Dopiero wtedy się rozpłakałam, bo uświadomiłam sobie, że gest ten odziedziczyłam po Davidzie.
Wybiegłam z pokoju i hotelu. Wsiadłam i odjechałam do przeciwległej części miasta.
Wspięłam się na wzgórze, na którym po raz pierwszy go spotkałam. Była czwarta rano i oboje biegaliśmy po tym wzgórzu. Był taki wysoki... Moja mama zawsze uważała, że to przeznaczenie, że się tu spotkaliśmy - oboje byliśmy z Nowego Jorku. Zatrzymałam się, by napić się wody, a on zjawił się niewiadomo skąd i z pokorą prosił mnie bym się z nim podzieliła, bo nowojorska duchota chyba nawadnia, a tu nie ma ani grama wody w powietrzu.
Doszłam do szczytu wzgórza i tego jedynego drzewa jakie tu rosło. Gdyby paparazzi wiedzieli jaki dobry jest stąd widok na weselne przygotowania, na pewno nie byłabym tutaj jedyną osobą. Oparłam się o drzewo i uśmiechnęłam, pogrążając się we wspomnieniu.
On był taki inny. Taki ciepły, czarujący, ale nie tajemniczy. Nie potrzebował maski i czarnej peleryny, by wyglądać jak książę. Oczarował mnie samą prośbą o łyk wody i tym, że zrewanżuje się najlepszą kawą w mieście.
Po moich policzkach płynęły gorące łzy.
Może nie powinieneś był wracać... Może nie powinieneś był wracać... Może nie powinieneś był wracać...
To jak często szeptał czułe słówka, przytulał, prawił komplementy czy dawał kwiaty. Idealny mężczyzna i absolutne przeciwieństwo Davida. A ja i tak nie dostrzegałam w tym zalety. Boże broń, bym uznawała to za wadę, ale gdyby był zupełnie inny czy też nie powinien mnie pociągać?
Chyba właśnie to było kluczem. W Davidzie zawsze było coś, co mnie przyciągało, bliżej i bliżej. Przy Jasperze było inaczej. Ja po prostu chciałam przy nim być. Ja, a nie jakaś mistyczna siła, która by mnie do niego pchała. I jeśli miłość można podzielić na niebezpieczną, zakazaną, rozczarowującą, złą i sprawiająca ból oraz na taką, która tworzy dom, jest wsparciem, najczystszym dobrem i nadzieją, to Jasper był tym drugim rodzajem.
A i tak wolałam Davida.
Może nie powinieneś był wracać... Może nie powinieneś był wracać... Może nie powinieneś był wracać do mnie...
Dostałam MMS. Tak, jak się spodziewałam, żona Filipa wysyłała zdjęcie USG. Uśmiechnęłam cię, bo mój brat w każdym calu zasłużył na swoje szczęście.
Jazz też. Był zbyt dobry, by trafić na kogoś, kto będzie porównywać go z kimś niewartym nawet złamanego centa. A jeden z milionów dowodów jego dobroci miałam przed oczami, w dolinie. Już nikt nie dokonywał ostatnich poprawek przed uroczystością. Bo już powiedział im, że ślubu nie będzie.
Wyłączyłam telefon.
Spojrzałam na pierścionek, który obracałam w palcach. Włożyłam go na palec, na którym jutro powinna znaleźć się obrączka.
Kocham cię Jasperze.
Odwróciłam się w innym kierunku i osunęłam po korze starego drzewa, opadając na ziemię. Teraz czas stracił znaczenie.
Może nie powinieneś był wracać... Może nie powinieneś był wracać... Może nie powinieneś był wracać...
Na sobie miałam sukienkę.



5 lat później...

- Ciociu, ciociu! - zawołała mała Lila wdrapując się na moje kolana. - Kto to? - zapytała swoim ciekawskim tonem, podkładając mi zdjęcie pod nos.
Wzięłam je do ręki i utkwiłam w nim swój wzrok. Osiemnastoletnia ja spoglądała w kadr z tak szerokim uśmiechem i błyszczącymi oczami, jak tylko można. Moja radość i upojenie pierwszą miłością było tak widoczne na tym letnim obrazku, że wszystko inne zdawało się rozmywać.
Byliśmy wtedy w Monte Carlo z naszymi rodzinami; tą fotografię robił Filip. Staliśmy przy rufie naszego jachtu, obejmował mnie ramionami i całował w skroń. Wiatr rozwiewał nasze ubrania, a lazurowe Morze Liguryjskie stanowiło wspaniałe tło i robiło idealny kontrast do bieli jachtu czy naszych ubrań.
Przyjrzałam mu się uważnie, czas potraktował nas z tą samą łagodnością. Tak mało się zmieniliśmy. Opalona na złoty brąz skóra; szerokie; mocne ramiona i długie ręce; teraz już uhonorowanego tenisisty. I te długie; silne, ale i delikatne palce... Pamiętam jak z zawrotną prędkością poruszały się po klawiaturze komputera, był takim maniakiem elektroniki... I pamiętam jak przesuwały się po moim kręgosłupie tam i z powrotem...
Biały T-Shirt z zadziwiającą łatwością maskował jego umięśniony tors. Pamiętałam ten pierwszy raz, kiedy widziałam go bez koszulki i jak mimowolne westchnięcie zachwytu wydobyło się z moich ust. Nigdy nie był tak wysoki jak chciałam, by mój chłopak był. Nie był nawet w połowie tak wysoki, jak bym tego chciała, ale wtedy nagle to straciło znaczenie. Ale to bynajmniej nie znaczyło, że jego nogi nie były długie, umięśnione i stabilne... Tak, stabilność to coś, co jako sportowiec zawsze w nogach miał. W życiu w pewien sposób też, ale nie tak...
Ta twarz chłopca, bez jednej skazy, te idealnie poczesane włosy, drobny nos, czy miękkie, ciepłe usta... Tak mało się zmienił.
Te ciemne oczy... Nie, one nie zmieniły się ani trochę. One nigdy się nie zmienią.
Jej starsza siostra była równie zaciekawiona. Nie można im było się dziwić. Dla nich ich stara ciotka zawsze była sama.
- To jest mój ukochany przyjaciel.
- Przyjaciel? - zapytała mała. Nie rozumiała jeszcze tego słowa, za to jej siostra usłyszała zmianę w moim głosie, ten głębszy ton charakterystyczny dla słów jakie wypowiada się, kiedy bolesne wspomnienia zabierają nas daleko stąd.
- Bardzo go kocham – powiedziałam, wpatrując się w jego profil. Na tę zmarszczkę wokół oczu, która pojawiała się kiedy na jego twarzy  wykwitał ten szeroki, amerykański uśmiech. Jednak ten ironiczny, pełen wyższości pamiętam równie dobrze. - Bardzo.
- Więc dlaczego? - zapytał Filip oskarżycielskim tonem.
Odwróciłam głowę; stał w drzwiach z rękami założonymi na piersi, był poirytowany. Jego umiejętność bezszelestnego poruszania się wciąż nie zawodziła. Ale czy gdybym wiedziała, że słucha, to odpowiedziałbym inaczej?
Nie.
Myślę, że oboje o tym wiedzieliśmy.
Tania przysiadła na skraju łóżka słuchając uważnie. Wiedziałam, że nigdy nie spodziewała się po mnie takich słów. Takiej rozmowy.
- Bo był bucem i arogantem – odpowiedziałam spokojnie patrząc mu głęboko w oczy. Czas, by zrozumiał, że nie żałuję. Że wiem, że postąpiłam słusznie.
- Ale kochałaś go.
Pokręciłam przecząco głową.
- Wciąż go kocham.
Wiedziałam, że słyszy w moim głosie, że ta miłość nie zmieniła się ani o jotę. A nie mogłam go kochać bardziej, bo od tamtego dnia był daleko od mojego serca. Zakochiwałam się w nim podczas każdego spojrzenia w te ciemne oczy. Każdego. I każdego dnia czekając na niego. Każdego. Nigdy nie kochałam go mniej. Ale już nigdy nie będę kochać go bardziej.
Odwrócił się. Wiedziałam, że był zły. Uważał, że zmarnowałam sobie życie na własne życzenie. Prawda była taka, że nie miało dla niego znaczenia jakiego wyboru dokonałabym tamtego dnia, chciał tylko żebym kogoś przy sobie miała. Teraz nie mam. A on, jako mój jedyny brat, nie może sobie wybaczyć, że jego młodszej siostrzyczce w życiu nie wyszło. Pierścionek na moim serdecznym palcu przypomniał wszystkim jak bardzo.
Wiedziałam, że myślał teraz o tym samym co ja. O tym, że on ma teraz rodzinę i jest tak zakochany w tamtej kobiecie, jak zawsze ja byłam w nim. I jak bardzo go to zmieniło. I że miałam rację, kiedy mówiłam, że nigdy nie będziemy ze sobą naprawdę szczęśliwi. Czas był najlepszym dowodem na to.
- To mnie zawsze zależało bardziej – powiedziałam jeszcze, nim zniknął w korytarzu.

...ALE TY NIGDY SIĘ O TYM NIE DOWIESZ.


KONIEC
płakałam tworząc tę historię

Ten post wspiera akcję:
Jeśli Ci się podobało, proszę, poleć!

czwartek, 4 lipca 2013

Krótkie historie: "Jestem tutaj, by cię kochać, trzymać w ramionach, chronić. Jestem tutaj, by uczyć się od ciebie i otrzymywać twoją miłość. Jestem tutaj, bo nie ma innego miejsca, w którym miałbym być." Część I

Wszystko, co wiedziałam dzisiejszego ranka, kiedy się obudziłam, to to, że wiem teraz coś
Wiem teraz coś, czego wcześniej nie wiedziałam
Jest deszczowy, wietrzny dzień. Jestem na drugim piętrze i widzę jak liście drzew są targane przez wiatr. Stoję na przeciwko człowieka, którego tak bardzo się boję. Wiem, że niczym drapieżnik śledzi każdy mój ruch. Wiem, że nie zdołam mu uciec. I wtem moja podświadomość mówi mi, że za mną stoi najbardziej nieznajomy ze wszystkich ludzi, których osobiście znam. Człowiek, z którym siedzę w jednej sali dzień w dzień i wiem o nim tyle, ile każdy przechodzień. Jego imię i nazwisko w końcu tak mało znaczy.
Jak to możliwe?
Tamto wydarzenie uświadomiło mi, że powinnam żałować tego, jak niewiele wiem.
Chcę cię po prostu lepiej poznać, lepiej poznać, lepiej poznać teraz
Nie wiem czy to było przemyślane - tak szybko, że zdawało mi się, że zareagowałam od razu – czy naprawdę postąpiłam odruchowo. Odwróciłam się i wpadłam w jego ramiona. (Jak to możliwe, skoro wydawał się być co najmniej metr dalej?) To, co wtedy poczułam było niewyobrażalne i niemożliwe do opisania. Mieszanka uczuć nie do zmyślenia. Jakby wokół ciebie szalało tornado, a sekundę później szum jest niesłyszalny. Jakbyś stał pośród pędzącego świata. Jakbyś stał się jedyną stałą materią – ale nie sam. Gdy znalazłam się w jego ramionach to tak, jakbym znalazła się w cudownym, świętym azylu.
Wszystko, co znam, to ulewny deszcz
I wszystko się zmieniło
Bezpieczeństwo
Cisza 
Spokój
Radość
Skupienie
Równowaga 
Harmonia
Ciepło
Wsparcie
Zrozumienie
Zaufanie
Siła
Odwaga
Troska
Wiara
Piękno
Akceptacja
Zaangażowanie
RAJ...
Wszystko, co znam, to nowo odnaleziony wdzięk
Wszystkie moje dni, poznam twoją twarz
Wszystko, co wiem, to proste imię
Tam nie było uczucia miłości, ale to nadal był raj... bezpieczna przystań... dom...
Z perspektywy czasu myślę, że tam nie może być tego najbardziej abstrakcyjnego z pojęć, bo wszystkie inne uczucia jakie wtedy miałam, sprowadziły mnie do kochania tamtego stanu. A zatem inna miłość zdaje się być zbyteczna;
Wszystko się zmieniło

*

Moje urodziny. Siedzę z paczką przyjaciół w pizzerii. Pytam dlaczego go nie ma. Odpowiadają, że nie mógł przyjść. Staram się ukryć, jak wielki zawód mnie spotkał, słysząc to. Nie wierzą. Nagle jeden z nich wychodzi, zaraz wróci. Chwilę później zjawia się z Nim, a ja rozpromieniam się jak świat o poranku. Mój świat wrócił na miejsce. Podchodzi, przytula mnie i szepcze do ucha „Wszystkiego Najlepszego” wciskając mi do ręki pudełeczko, w którym jest zawieszka ze srebrnym smokiem;
I wszystko co czuję w moim brzuchu, to motyle, ten piękny rodzaj tworzenia straconego czasu, ucieczki

*

A twoje oczy wyglądają jak powrót do domu
Wracam z Monachium. On nie mógł jechać ze mną. Wychodzę z hali odpraw, a on jest pierwszą osobą jaką widzę. Nie ważne, że jest wiele innych ludzi. Mój świat zaczyna się i kończy na nim. Padam mu w ramiona. Jestem w miejscu, w którym tak kocham być!

*

Bo wszystko, co wiem to to, że się przywitaliśmy
A twoje oczy wyglądają jak powrót do domu
Siedzimy przy stole i myślę, że potrzebuję soli. Widzę, że mi ją podje. Uśmiecham się z wdzięcznością. Zawsze wie, co myślę. Zawsze wie, czego potrzebuję. To taki prosty gest, ale nie znaczy to, że nie jest on ważny. Czasem jest ważniejszy niż tysiące słów, bo to niewypowiedziane "możesz na mnie liczyć - w każdej sytuacji";

*

A wszystko, co widziałam od 18 godzin to zielone oczy i piegi, i twój uśmiech gdzieś w mojej głowie, sprawiający, że czuję, że...
Lipiec. Słońce praży. Jesteśmy lekko ubrani i chyba po raz pierwszy kolor jego koszulki nie kontrastuje z moją sukienką. Siedzimy na dorodnym głazie. Wrzucamy kamyki do wody. Rozmawiamy, śmiejemy się - jak zawsze. Robię mu przytyk. Szturcha mnie. Ochlapuję go wodą. Zrywa się, chce mnie złapać i wrzucić do wody. Uciekam mu i wskakuję do niej sama. Potem widzę jak wskakuje za mną. Chce mnie podtopić, ale wskakuję mu na plecy. Pływamy;

*

Będziesz mój, a ja będę twoja
Wpatruję się w sufit. On jest oparty o ścianę, a ja leżę na jego kolanach. Bawię się jego włosami. Jest środek nocy, jesteśmy na wycieczce i przesiaduję w jego pokoju. Jesteśmy pochłonięci rozmową – jak zawsze. Dotykam jego pięknej twarzy i patrzę w oczy. Uśmiecham się, a on odpowiada tym samym. Wchodzi dziewczyna, z którą niegdyś się przyjaźnił. Ich kontakt osłabł, kiedy się zaprzyjaźniliśmy. Miała wszystko, poza jego miłością. Tak bardzo jej pragnęła, że czasami zapominała doceniać to, co ma. Widzi nas i sądzi, że jesteśmy w sobie zakochani, że niemal mnie pocałował. Szybko wychodzi, jest zmieszana, ale też zraniona. Rozgłasza dobrą, ale tak złą dla siebie, nowinę. Myli się. Zawsze byliśmy tylko przyjaciółmi.

Wróć i powiedz mi, dlaczego
Czuję się jakbym tęskniła za tobą cały ten czas
I spotkaj się tam ze mną dzisiejszej nocy
I daj mi znać, że to wszystko nie jest w mojej głowie

Ciąg dalszy nastąpi...


Wersy piosenki pochodzą z "Everything Has Changed" 

blog wspiera akcję:

blog wspiera akcję: