niedziela, 1 grudnia 2013

Miłość jest momentem, chwilą...

– Nadal jesteś nieszczęśliwa ze mną w swoich snach?
– Nawet jeśli... znajdź się w nich jutro... I pojutrze... I jeszcze... I jeszcze raz... 



I.
Ciepłe promienie słońca odbijały się od mojej twarzy i z jakiegoś powodu zapragnęłam spojrzeć na świat bez okularów przeciwsłonecznych w kolorze smolistej czerni. Schowałam je do torebki, a potem moja dłoń otarła się o materiał białej sukienki. Uśmiechnęłam się delikatnie i schwyciłam jej rąbek. Pod palcami czułam wypukłości wzoru. To takie odprężające uczucie... Biała sukienka z angielskim haftem to najlepszy rodzaj prezentu jaki mogłabym sobie podarować.
Tak bardzo skupiłam się na odbieraniu świata przez dotyk, że zapragnęłam zdjąć czarne szpilki i pokonać ostatnie metry do biura w bosych stopach. Opanowałam się jednak, ale i stanęłam w miejscu. Wtedy zdałam sobie sprawę, że patrzę na wielką fontannę z marmurowymi smokami - z daleka, bo wyłożony puzzlem plac, na którym stałam był tak ogromny. I przechodziłam przez niego przynajmniej raz w tygodniu od ponad pięciu lat, ale dopiero dzisiaj się tutaj zatrzymałam. Z jakiegoś powodu miałam wrażenie, że coś w moim postrzeganiu świata w tamtej chwili się zmieniło. Że dostrzegałam tysiące szczegółów, a jednocześnie patrzyłam na wszystko z daleka.
Spojrzałam w prawo. W miejscu, w którym kończył się plac, biegła alejka otoczona drzewami, pomiędzy którymi stały ławeczki. Na wielu z nich siedziały mamy z dziećmi lub rozmawiające uczennice. Padające z przeciwnej strony słońce pięknie przechodziło przez soczyście zielone konary drzew. Późna wiosna miała w sobie jakąś miękkość...
Wróciłam wzrokiem do majestatycznej fontanny kilkadziesiąt metrów przede mną. Nie spoglądałam w lewo. Nigdy nie miałam problemu z zauważeniem i zapamiętaniem co tam jest. Dwa, oszklone wieżowce, które dzieliło sto metrów horrendalnie drogiego pasa ziemi niczyjej. Ten bliżej mnie to FNC Entertainment, fizyczne miejscem mojej pracy. Ten drugi, to siedziba Samsung Electronics - kopalnia moich błędów. Filary nowoczesności i całkowite zaprzeczenie dla tego skrawka natury, w samym środku Seulu. Dlatego fontanna była lepsza.
Marmurowe smoki rozlewały wodę we wszystkich kierunkach, a promienie słońca nadawały kroplom pierwiastek życia. Bawiąca się w fontannie gromada dzieci uśmiechała się szeroko. Była głośna i rozbrykana... Pełna życia. Powinnam była oglądać to przez pryzmat tego, że są tam dzieci, ale utęsknienie z jakim na to patrzyłam brało się stąd, że mnie samej brakowało życia tego rodzaju. Nie życia dziecka, a myśli, że czasem można czuć się jak dziecko - szczęśliwie i beztroskie. I patrzenie na tych radosnych brzdąców oraz na błyszczącą w słońcu wodę sprawiło, że zrobiłam krok w stronę fontanny. Bo chciałam bawić się razem z nimi. Poczuć się jak dziecko. Cieszyć się z drobnych rzeczy, robić to całą sobą. Ale mojej opanowanie pojawiło się równie szybko jak zniknęło.
Cofnęłam się i zamykając oczy wzięłam głęboki wdech. I dopiero gdy byłam pewna, że moje opanowanie wróciło, otworzyłam oczy, by spojrzeć na świat z dystansu. Tak, jak nauczyłam się dawno temu. Tak, jak musiałam się nauczyć. Uśmiechnęłam się. Z jednej strony dlatego, że patrzyłam na coś naprawdę ładnego i to sprawiało mi radość, z drugiej kpiłam z samej siebie. Bo bez tych dwóch chłopców, którzy byli całym moim życiem - bez względu na to, jak bardzo to określenie mnie boli - jestem jak maszyna. I jak każde urządzenie mam włączający i wyłączający mnie wihajster, który sama stworzyłam, bo nie mogłam znieść piękna pewnej istoty. Wihajster, którego nie potrafię zniszczyć.
Odwróciłam się na pięcie patrząc na swoje buty, a wiatr rozwiał mi włosy. Zirytowana odgarnęłam je z twarzy, zaczesując palcami do tyłu i podniosłam głowę.
Świat się zatrzymał. Gwałtownie stanął w miejscu niszcząc wszystko na swojej drodze. A potem zaczął kręcić się w drugą stronę.
Powoli...
Jeszcze minutę temu nie wiedziałam dlaczego wpatrywałam się w tamtą fontannę. Dlaczego zupełnie bez powodu i bez mojej woli mój wzrok powędrował w tamtą stronę. Teraz stało się to boleśnie jasne. I mimo, że moje serce waliło jak oszalałe, mimo, że brakowało mi tchu i miałam wrażenie, że świat sypie się pod moimi stopami, szłam dalej.
Jak zawsze...
Wihajster już nie tylko działał, teraz zniewalał. Tak samo jak w czasach, kiedy został stworzony. Bo mogłam teraz tracić całe swoje jestestwo, ale moje ciało musiało iść przed siebie i patrzeć na niego jakby wcale tego nie robiło. A ja przypomniałam sobie jak to jest czuć każdą materię świata. Jak to jest odczuwać bodźce tak dogłębnie, tak boleśnie...
Starałam się wywierać swój naturalny uścisk na uchwyt torebki, by nie trzymać jej kurczowo, ale z drugiej strony bałam się, że wyśliźnie mi się z palców. Ale to, jak bardzo byłam wdzięczna, że mam właśnie taką, a nie malusieńką jak zwykle, było niemożliwe do opisania. Bo była moim jedynym punktem odniesienia do świata. Mimo, że byłam świadoma każdego oddechu, każdego ruchu i każdego kroku, to czułam się jakby ziemia pode mną miała się rozkruszyć jak zbyt cienka tafla lodu, a ja wpaść do lodowatej wody nim zdążę zareagować.
Ale to wszystko było tylko chwilą. Nic nieznaczącym momentem, w którym zgubiłam się w otchłani szoku. Zaskoczenia, którego nie powinno być.
Po raz pierwszy wszystko działo się tak wolno. Mimo, że szłam swoim naturalnym tempem - choć patrzyłam przed siebie nazbyt sztywno, łapiąc chwile, w których z powodu rozmowy przez telefon nie dostrzeże mojego wzroku - mimo, że on szedł sprężystym krokiem. Wszystko działo się tak wolno. Tak wolno w porównaniu z chwilami, w których musiałam biec z pędzącym światem, by nie dostrzegł mojego zainteresowania. Wtedy to też było chwilą, zbyt krótką, ale jakże cenną. Wtedy, kiedy mijałam go jakbym wcale go nie dostrzegała oraz za każdym, upartym razem kiedy na siebie wpadaliśmy. Wtedy to była chwila, to był moment, zbyt krótki. Ta teraz zdaje się nie mieć końca.
I patrząc na niego ukradkiem zrozumiałam dlaczego tak jest. Lata temu pragnęłam go spotykać, ale wtedy to wynikało naturalnie, a nawet jeśli nie, to nie było w tym nic niewłaściwego. Teraz, choć pragnęłam tego mężczyzny każdym tchem mojej duszy, to w tym spotkaniu nie było nic naturalnego. To nie uśmiech losu. On tu jest, a ja mijam go, bo sama tego chciałam. Bo sama go tutaj sprowadziłam. A ponieważ tak destrukcyjnie się tego wstydzę, to ta chwila, ten moment, który powinien być tak piękny, swoją długością odbiera mi rozum.
Ta chwila nigdy nie powinna była się wydarzyć, ale on naprawdę szedł przede mną. I był piękniejszy niż to zapamiętałam, i piękniejszy niż byłam w stanie to sobie wyobrazić w najpiękniejszym śnie. Włosy tak ciemne, że prawie czarne, na pozór niedbale zaczesane do góry. Czarne jak piekło, wielkie oczy, otoczone wachlarzem nieprzyzwoicie długich rzęs i ten wzrok... To spojrzenie zawsze było tak niemożliwe do odczytania, że całe moje istnienie szarpało się, by dowiedzieć się co ono mówi. A jego twarz... Kości policzkowe stały się bardziej ostre, ale mimo to wciąż wyglądał jak chłopiec. I na Boga, żaden Azjata z tym młodym wyglądem nie zrobił na mnie takiego wrażenia, jak on. Jak zawsze tylko on... Bo to spojrzenie dorosłego człowieka i twarz dzieciaka, ten kontrast okazał się być wszystkim czego pragnęłam całe życie. I choć wiedziałam o tym, to widząc go miałam wrażenie, że patrzę na niego po raz pierwszy. Tak wielkie robił na mnie wrażenie. A on tylko był.
A jednak... aż był.
Jego biała koszula miała niezapięte dwa pierwsze guziki, co niemoralnie przyciągało mój wzrok do jego klatki piersiowej, a nie mogłam sobie pozwolić by patrzeć.
Nigdy.
Czarne, bardzo wąskie spodnie opinały mu biodra, a marynarka w tym samym kolorze przewieszona była przez prawe przedramię, które trzymało czarną aktówkę od Thomasa Browne. Jego palce, trzymające biały, duży smartfon, były długie i delikatnie opalone, tak jak jego twarz. Te dłonie... Nie założył jeszcze okularów przeciwsłonecznych i wisiały w miejscu pierwszego zapiętego guzika jego koszuli, ponad miejscem w którym rozpoczynał się mostek... Zdawał się też być wyższy niż to zapamiętałam... Szczupły, naturalnie umięśniony i wysoki... Przepiękny.
Był coraz bliżej mnie, a ja nie mogłam na niego spojrzeć bez względu na to, jak bardzo tego pragnęłam. Co więcej, im bliżej byliśmy siebie, tym większe było prawdopodobieństwo, że on spojrzy na mnie. A ja nie mogłam o tym wiedzieć. Bez względu na wszystko... na każdą myśl, na każde uczucie. Jak zawsze... Jak zawsze mogłam mieć tylko dumnie uniesioną głowę i oczy utkwione w miejscu, do którego zmierzałam. Bez względu na wszystko...
A potem stało się coś, na co tak czekałam, choć szybciej niż byłam na to przygotowana. Podmuch wiosennego powietrza, który uderzył mnie w twarz, przyniósł ze sobą zapach, który kochałam ponad wszelką miarę. Woń, którą rozpoznałabym w każdym miejscu i o każdej poprze. I prawdopodobnie zaprzedałam duszę diabłu, by w tamtej chwili zachować kamienną twarz bizneswoman, zamiast jęknąć przeciągle czując zapach, którego brakowało mi przez ostatnie kilka lat. Zapach, którego nie potrafiłam odnaleźć bez względu na to jak długo szukałam, a przeszłam cały świat by go znaleźć, bo był najpiękniejszym z jakim kiedykolwiek się spotkałam. Ale nigdy nie potrafiłam rozróznić ile w tej mieszance jest jego zapachu, a ile jego perfum, którymi był przesiąknięty, a które zawsze płynęły za nim. I choć marzyłam, by kiedyś móc wtulić się w jego tors, by być jeszcze bliżej niego, to czując je wszystko traciło znaczenie. Choć świat dawno temu się rozpłynął w gorącu tłumionych uczuć i pragnień, to to było jak ręka anioła.
Bo nie mogłam go widzieć.
Bo nie mogłam o nim marzyć.
Bo nie mogłam do niego mówić.
Ale mogłam go czuć.
Czuć jakąś jego część chociaż tak. Wdychać jego istnienie. Mieć swoje pragnienie głęboko w sobie. Wyobrażać sobie, że rozchodzi się po moim organizmie wraz z tlenem, przechodząc przez każdą cześć mnie, by trafić do duszy i w niej pozostać.
Miałam wrażenie, że każdy ruch jaki wykonują moje nogi, jest nagrywany i odtwarzany przed moimi oczami. Że każdy stukot moich obcasów, każde dotknięcie ziemi i oderwanie stopy od niej jest nienaturalnie głośne. A im bliżej byliśmy siebie, tym bardziej wydawało mi się, że przechodzę przez powietrze tak gęste, że zmieniło stan skupienia. Ale on był coraz bliżej, a dwie strony mnie walczyły ze sobą, choć obie zanosiły się płaczem. Ta pierwsza, ta lepsza, pragnęła, by on zniknął jak najprędzej. By wszystko się skończyło, a ja odzyskałabym upragnioną wolność. Ta druga, ta idiotka, która go tu sprowadziła, chciała zatrzymać świat, by ta chwila nigdy się nie skończyła. By on na zawsze pozostał przede mną. By był tak blisko...
Jeden krok...
A potem zaleźliśmy się obok siebie, a świat stanął w miejscu. Czekał, aż wspomnienie, które pojawiło mi przed oczami się skończy i zniknie, jakby zawsze było tylko snem. Ale było moim uczuciem. Moim momentem. Zawsze...
Tamtej nocy, w której sen zwrócił moją uwagę na coś, czego w swoim roztrzepaniu nie potrafiłam dostrzec, moje przyciąganie się zmieniło. Nie pchało, nie ciągnęło mnie, ku ziemi, a do niego. Bo jego ciemne oczy, jego niemożliwe do rozszyfrowania spojrzenie było tym, co pragnęłam znać. Ale następny dzień stał się tym, który zaprzepaścił cały mój rozsądek. Wszystko, co mogło mnie później ocalić. Ale zobaczyłam to wtedy i nie zapomnę tego momentu do samego końca.
Tamta chwila zmieniła całą mnie.
Szkolny korytarz. Zupełnie pusty i cichy. Lekcje trwały już od kilkudziesięciu minut, a ja szłam przez niego wracając od jednego z nauczycieli, do którego wysłano mnie na lekcji. Nie pamiętam po co, nigdy też sobie tego nie przypomnę, bo nie pamiętam z tamtego dnia nic poza tamtą krótką chwilą. Nie pamiętam, bo wszystko o czym myślałam tamtego dnia to mój sen. I te oczy... Szłam obok schodów zabudowanych ścianą i nie docierały do mnie żadne bodźce zewnętrzne. Wedy mogłam sobie na to pozwolić, bo nikt nie mógł tego zauważyć. Do zakończenia schodów dostawiony był szeroki filar, za którym musiałam skręcić, szłam jednak tak blisko niego, że nie widziałam nic poza nim. Wtedy do niego dobiłam. To był pierwszy raz, kiedy się z kimś zderzyłam. Ale też pierwszy, w którym byłam tak bardzo pochłonięta własnymi myślami. Na ziemi wylądowałam prędzej niż zdążyłam to zauważyć. Najpierw jednak zarejestrowałam zapach jaki mnie uderzył. Zapach, który uznałam za najpiękniejszy z jakim się spotkałam. Był idealny. A potem otworzyłam oczy i mój świat się skończył.
Dobiłam do niego, właśnie do niego. Zderzyłam się z osobą, o której bez ustanku myślałam od ponad sześciu godzin, o osobie przez którą praktycznie zarwałam noc. Te ciemne oczy, ta twarz bez jednej skazy i to spojrzenie, którego nie skierował do mnie nigdy potem... Zrobił krok, a potem pochylił się nade mną i wyciągał rękę, by pomóc mi wstać. W jego oczach była troska. Nie wiedziałam czy nie potrafię złapać tchu z powodu tego, że najpierw zderzyłam się z jego torsem, a potem z podłogą, czy dlatego, że to naprawdę się dzieje. Trochę niezdecydowanie wyciągnęłam dłoń, którą on złapał mocno i pewnie. Była ciepła i dużo większa od mojej, i zdawało mi się, że pasują do siebie idealnie... Pociągnął mnie pewnie w górę, a potem położył drugą dłoń na moich plecach, by utrzymać mnie jeśli stracę równowagę.
Tamten dotyk czułam na sobie zawsze kiedy o nim myślałam...
Ale poza tym, że moje serce waliło jak oszalałe, a spojrzenie mówiło, że wciąż jest w szoku, nic się nie wydarzyło. Nie było tego prądu przechodzącego przez nasze ciała, o którym tak szumnie pisano. Nie było zahipnotyzowanych, utkwionych w sobie spojrzeń. Nie było żadnej chemii. Ale w jego spojrzeniu wciąż była troska. Ten szczególny rodzaj ciepła, którego nie skierował do mnie nigdy potem. Była, dopóki nie puścił mojej dłoni, kiedy zauważył, że już wszystko ze mną w porządku. Potem niemal jednocześnie powiedzieliśmy "przepraszam". Wtedy moja chwila się skończyła. Wyminął mnie i odszedł w swoją stronę. A ja zachowywałam się jak automat. Jak automat, którym zostałam od tamtego dnia. Nie myśląc o tym co się dzieje szłam na zajęcia, a kiedy dotykałam klamki drzwi swojej klasy zadzwonił dzwonek zwiastujący koniec moich lekcji. Weszłam do niej, zabrałam rzeczy i wyszłam ze szkoły. I dopiero siedząc w swoim ogrodzie potrafiłam się rozpłakać.
Te słowa... "przepraszam"... wypowiadaliśmy je każdego dnia. Każdego. Ale poza tym pierwszym razem, nigdy, nigdy nie spojrzał na mnie ze zmartwieniem w oczach. Nawet kiedy spadałam ze schodów, a on był tuż obok.
Tamto spojrzenie, tamto uczucie i tamta chwila, zniszczyły wszystko. Bo gdybym nigdy nie widziała, że może tak na mnie patrzeć, mogłoby mi przejść. Mogłabym trzymać się tego, że to nie chłopak dla mnie. Ale widziałam to raz. I to wystarczyło. Wystarczyło, by mój świat, całe moje istnienie zaczęło kręcić się po orbicie jaką była ta osoba. Bez względu na to, że przed tamtym zderzeniem też tak się czułam. Chodziło o to, że teraz stało się to czymś stałym. Niezmiennym. Zamkniętym w czasie.
Moje uczucie, mój moment. Chwila, której potem zawsze wyczekiwałam. Marzyłam, że to nie ostatni raz. Marzyłam, że to coś znaczy... Marzyłam.
Moje uczucie. Mój moment.
Moje wspomnienie się skończyło, a czas wskoczył na swoje miejsce i zrobiłam kolejny krok. Czułam się jakbym żegnała się z nim w tej chwili. I jakbym patrzyła na ostatni odcinek jakiejś łzawej dramy, w której wszystko jest piękne, ale tak patetyczne. Ale mnie nie czekało szczęśliwe zakończenie za dziesięć minut. Ja musiałam iść dalej, przed siebie. Musiałam.
Podobno miłość jest uczuciem... ale mnie nie wolno czuć.
Minęłam go. Minęłam, a czas jaki trwał od zobaczenia go do teraz nie był nawet pełną minutą mojego życia. I odwracając się teraz, choć wcale nie mogłam tego zrobić, zobaczyłabym tylko jego plecy. Nie widział mnie już, a więc wihajster mógł wyłączyć maszynę jaką się stałam. Wtedy też opadły wszystkie maski. Wtedy się rozpłakałam. I choć wciąż nie mogłam wydać żadnego dźwięku w obawie, że go usłyszy, mogłam płakać. Mogłam wylewać z siebie wszystkie, tak skrajne, emocje. Bo chciałam go przy sobie mieć i nie wolno mi było go mieć.
Rozsądna część mnie marzyła o tym, że jednak go nie spotka. Rozsądna część mnie błagała o to los. Ale jak mogłam łudzić się, że tak będzie, skoro nawet jego biuro jest na tej samej wysokości co moje? Wystarczyło, że wyjrzałabym przez okno i wytężyła wzrok, a zobaczyłabym go tam. Sprowadziłam go tutaj, choć nie wolno mi było się tak zachować. A moja kara jest słuszna. Ale przecież zostanie mi wymierzona raz po raz w przyszłości, a z tą świadomością nie potrafię sobie poradzić.
Naprawdę pragnęłam móc się teraz odwrócić i na niego spojrzeć. Chciałam go mieć... Ale on zawsze był tylko chwilą. Uczuciem. Momentem, którego nie mogłam mieć.
Wiedziałam, że idę tym samym tempem co wcześniej, ale teraz na mojej twarzy nie było już nawet cienia opanowania. A im bliżej byłam obrotowych drzwi FNC Entertainment, im dalej byłam od niego, tym bardziej odbijało się to na całym moim ciele. Na oślep sięgnęłam do swojej czarnej aktówki od Mulberry w poszukiwaniu identyfikatora. Chwyciłam go kurczowo, a potem pchnęłam obrotowe drzwi, wręcz zwalając się na nie. Machnęłam głową, a włosy zasłoniły mi twarz. Spróbowałam wziąć głęboki wdech, ale wyszedł z tego tylko jęk. Weszłam przez drzwi i nawet nie zatrzymując się podniosłam identyfikator pokazując go ochronie. Wiedziałam, że była zaskoczona, bo nigdy nie widziała mnie tak nieprofesjonalnej - gwałtownej, nieuprzejmej i głuchej na cały świat. Pognałam przed siebie, niemal biegnąc, by odnaleźć swój cel, toaletę dla personelu. Zamknęłam się w niej, a potem, osuwając się po drzwiach, zaczęłam wyć. Płakałam głośno i rzewnie. Płakałam tak, jak prawdopodobnie jeszcze nigdy. Nie tak, jak tamtego dnia w swoim ogrodzie. Nie tak, jak tamtego dnia, kiedy dowiedziałam się, że naprawdę będzie tutaj pracował. Bardziej, niż w dniu, w którym wyjeżdżałam z miejsca, w którym oboje mieszkaliśmy. I bardziej, niż po każdej nocy, w której mi się śnił.
Trzęsłam się i dusiłam, ale obraz jego idącego w moim kierunku w tym biznesowym wydaniu, tak pięknego, tak pasującego do wszystkiego wokół, nie chciał mnie zostawić. Ta wizja zdawała się odtwarzać w mojej głowie w zwolnionym tempie.
Wciąż i wciąż.
Ale choć żałowałam, że doprowadziłam do tego spotkania i choć było ono powodem mojego płaczu, to będę je kochać. Kochać dopóki nie dojdzie do innego...
Rozpłakałam się jeszcze rozpaczliwiej.
Wierzyłam, że moje zauroczenie będzie chwilą... Momentem. Wierzyłam cały czas...
Nie było.


II.
Rozmawiałem przez telefon zirytowany faktem, że jeśli nie zrobię czegoś sam, to to nie będzie gotowe na czas. Podniosłem wzrok i zobaczyłem białą dziewczynę stojącą kilka metrów ode mnie i wpatrującą się w fontannę ze smokami. Z nieznanego sobie powodu utkwiłem wzrok w jej brązowych włosach. Sięgały prawie pasa i pokręcone były w delikatne spirale, które uwydatniały jasne refleksy w ich kolorze. I patrzyłem na nie bo kojarzyły mi się z jakimś wspomnieniem, ale nie potrafiłem sobie przypomnieć co to było.
Zrobiła pół kroku w przód, a potem cofnęła się. Jakby opanowała się przed zrobieniem czegoś złego. Zdawało mi się, że potem się uśmiechnęła. Opuściła głowę jakby była zawstydzona, a włosy zakryły jej twarz. Sekundę później gwałtowny podmuch ciepłego wiatru rozwiał jej włosy, które wylądowały na jej twarzy. Odgarnęła je do tyłu podnosząc głowę. Odwróciłem wzrok starając się na powrót skupić na rozmowie, ale... Byłem zaintrygowany.
Byliśmy coraz bliżej siebie, a ja uparcie pragnąłem sobie przypomnieć dlaczego wydaje mi się, że z kimś ją kojarzę, choć wcale jeszcze jej nie widziałem. Pozwoliłem sobie spojrzeć dopiero kiedy była na wyciągnięcie ręki. I odpowiedź stała się idiotycznie wręcz oczywista. Ale chyba dlatego byłem tak zaskoczony. Ona nigdy nie wyglądała jak jedna z tych dziewczyn, które poznałem, a które interesowały się kulturą Azji. Nawet patrząc na nią teraz nie wydawała się w żaden sposób upodabniać do Azjatek. Ale jest tutaj. Zdaje się tutaj pracować. Dziewczyna, do której dobijałem każdego, każdego dnia. I poznałem ją po włosach... Byłem tak zaskoczony swoim odkryciem, że zamiast ją minąć stanąłem w miejscu i przestałem słuchać tego, co mówi się do mnie przez telefon. Zresztą, chwilę później po prostu się rozłączyłem.
Przypomniałem sobie tamten dzień, w którym wpadłem na nią po raz pierwszy i porównałem to z tym, co widziałem chwilę wcześniej. Wtedy zdawała się być zagubiona, a w pewien sposób nawet trochę przerażona. Nigdy potem jej takiej nie widziałem. Później jej spojrzenie zawsze było pozbawione wszelkich emocji, patrzyło gdzieś ponad wszystko. Pod tym względem nikt nie był tak do mnie podobny... Ale teraz te cechy zdawały się być maksymalnie wyostrzone - bizneswoman, która zmierza do firmy, nie myśląc o niczym poza pracą.
Odwróciłem się i patrzyłem jak odchodzi. Ubrana w białą, kloszowaną sukienkę z angielskim haftem, przypominała szkolną wersję siebie. Tylko szpilki, ciemne oczy i czerwone usta ją zmieniały. Poza tym, nie wydawała się być inna. Sięgnęła do torebki, szukając czegoś zawzięcie, a potem za mocno pchnęła obrotowe drzwi, przez co niemal się przewróciła. Sekundę później zniknęła mi z oczu.
Przypomniało mi się o czym pomyślałem kończąc szkołę: Jeśli znów na siebie wpadniemy, nie będę zaskoczony.
Ale byłem.
Odwróciłem się na pięcie i poszedłem przed siebie.


“I just imagine that I’m just putting a message in a bottle and sending it out to the ocean, and the person who I’m writing about is maybe someday going to get it. 
But even if they don't… it’s important that you said it.”
Taylor Swift


KONIEC

5 komentarzy:

  1. Zawsze mówisz, że to ja mam obszerne opisy, ale to nieprawda.
    Obie wiemy czym miał być ten tekst i odkąd przeczytałam pierwsze zdania - on powinien tam być. Czytając to płakałam niczym bóbr, bo rozumiem te uczucia. A gdybym nie rozumiała - z pewnością bym je pojęła, chociaż raz. Nie chciałam tego poprawić bo nie widzę tutaj nic, co należałoby udoskonalić. Ten tekst jest niemal namacalnie prawdziwy i obie wiemy dlaczego. Te słowa, te uczucia, to wszystko co tutaj jest to najprawdopodobniej najpiękniejsza rzecz, którą napisałaś. Dlaczego? Bo to sama prawda, a prawda boli najbardziej...
    SweetChoco

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniałe, mega wzruszające. Nie wiem dlaczego, ale z tym opowiadaniem kojarzy mi się mój znienawidzony przedmiot, a mianowicie z linią prostą - nie ma końca ani początku. Może to dziwne porównanie.
    Ale teraz proszę nie wyśmiej mnie...
    czy to ten list w butelce?
    'SamaChybaWieszKto :)

    OdpowiedzUsuń
  3. smutne... jak bardzo można cierpieć z miłości; a jeszcze tragiczniejsze zrobiło się po przeczytaniu drugiej części; nieświadomość wspólnego zainteresowania jest najgorsza, i niemoc zmiany tej okropnej sytuacji

    OdpowiedzUsuń
  4. piękne i smutne zarazem... aż brakuje mi słów

    OdpowiedzUsuń
  5. To jest post sprzed ponad roku. Nie mam w zwyczaju komemtowania takowych. Właściwie nigdy tego nie robię. Nigdy.
    Ale inaczej nie mogłabyś się dowiedzieć co zrobiłaś.
    Mam ochotę pisać takim samym sposobem. Tak, jakbym opowiadała samej sobie smutną historię na dobranoc. Taką, którą jednocześnie kocham i nienawidzę.
    Tak znajome myśli. Odczucia.
    Ile razu tworzyłam podobne historie? Bez imion. Bez konkretów. Tylko uczucia. Przedstawione w taki właśnie sposób w jaki pojajwiają się w mojej głowie - chaotycznie dla innych i zrozumiale tylko dla mnie. Z pojedynczym motywem. W moich opowieściach była jedna wada - długość. Nigdy nie potrafiłam się zabrać i stworzyć czegoś dłuższego niż jedno, lub dwa zdania. Umiałam zawrzeć w nich wszystko co chciałam. Ale zrozumiałe tylko dla mnie. W jaki sposób mogłam się podzielić z innymi moimi uczuciami, jeśli oni nawet nie zrozumieją jak wiele uczuć kryje się w tym jednym zdaniu?
    Mogę się mylić - zawsze mogę. Wiem jednak, z własnego doświadczenia, że tylko pewne sytuacje dają nam siłę do napisania czegoś takiego. To nie musi być coś takiego jak śmierć kogoś z rodziny. Wystarczy pzeczytanie istatniej linijki z ukochanej serii.
    Do końca dnia będę miała melancholijne i filozoficzne myśli.
    Pisałam, że musisz wiedzieć co zrobiłaś. Nie mam pojęcia co miałam na myśli. Przepraszam.
    Szczerze Ci gratuluję siły, żeby stworzyć coś tak niezwykłego.
    Laxus
    P.S. Być może robię to tylko dlatego, że na 99% nikt nigdy nie przeczyta tego komentarza, ale chciałabym pokazać Ci jedną z moich historii. Tak, jedną z tych, które mają po dwa zdania. Chociaż, ta akurat, ma troszkę więcej:
    'Przez tą krótką chwię czułam się naprawdę wolna. O moją skórę zachaczał chłodny wiatr. Moje włosy wirowały w powietrzu. Moje uszy wypełniał głośny, szczery śmiech najważnienszej dla mnie osoby.
    Trzymałyśmy się za ręce.
    Już na zawsze będę pamiętać wyraz twarzy goniących nas postaci kiedy rzuciłyśmy się z klifu.'

    OdpowiedzUsuń

blog wspiera akcję:

blog wspiera akcję: